poniedziałek, 7 października 2019

Fanki - Tom 2: CzęśćI: Rozdział 26


Jimi Hendrix słynął z "miłosnych podbojów". Oto krótki fragment nawiązujący do wczorajszego postu, występu na festiwalu "Barbeque '67" w Spalding 29 maja 1967 roku.
...Dowiedzieliśmy się, gdzie przebywa Jimi Hendrix, i poszliśmy po autograf, ale on nie wyszedł z hotelu - wspominała Marilyn Leader - Wyszli Mitch Mitchell i Noel Redding. Ten pierwszy zapisał moje imię na moim ramieniu. Przez kilka tygodni przykrywałam je plastikowym woreczkiem... Marilyn z koleżanką wróciły do domu rankiem następnego dnia autostopem, a ich rodzice, no cóż, nie uwierzyli, że przez całą noc opiekowały się jakimiś dziećmi. ...Odkryłem, że Hendrix spędził w tym dniu sporo czasu, podrywając moją żonę - opowiadał Peter Jenner - uważałem to za jego próbę dodania pióra do jego czapki... Ginger Baker wspominał w autobiografii "Hellraiser" - Ogromny apetyt Jimiego na wspaniałe młode laseczki stał się bardzo widoczny na festiwalu w Spalding. Mitch Mitchell wciąż pojawiał się w ich garderobie z aparatem Polaroid (wtedy to była nowość). No i Jimi został złapany z tymi dziewczynami, jedna po drugiej w pozornie niekończącym się strumieniu, a one wspinały się po zwiniętych prześcieradłach, by dostać się do jego pokoju... Jimi zanocował w miejscowym The Red Lion Hotel. Robert Goodhand - Dziś na lokalnym hotelu Red Lion jest tabliczka 'Tu spał Jimi Hendrix'...
Ciąg dalszy w rozdziale 26 pierwszej części drugiego tomu książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka" - premiera już za jedenaście dni w Ostrowie Wielkopolskim na "Jimiway Blues Festival".




niedziela, 6 października 2019

Spalding 1967


Dzisiaj powracam do występu Hendrixa na festiwalu "Barbeque '67" w Spalding 29 maja 1967 roku. Oto opowieść, złożona z kilku wspomnień widzów opublikowanych w kilku anglojęzycznych magazynach i książkach.
Sue Wilkinson dojechała autobusem z Peterborough z wieloma roześmianymi, szczęśliwymi osobami - Kiedy Hendrix wyszedł na scenę stroił się przez 15 do 20 minut, co było trochę denerwujące, ale gdy jego gitara zapłonęła, trochę się ożywił! Kiedy już się pojawił, był absolutnie zadziwiający. Warto było w tej bydlęcej oborze poczekać... Ron Kyte - Wydawało się, że jest to krótki set i jak mówię, Jimi miał problemy ze wzmacniaczami, brzęczały i charczały. Był szczególnie szalony pod koniec i bardzo się pocił... Jimi miał problemy z dostrojeniem gitary prawdopodobnie z powodu wysokiej temperatury w hali, do tego wzmacniacz Marshalla, którego używał, nie działał prawidłowo. Zaczął grać, ale musiał się zatrzymać, ponieważ dźwięk był okropny. Tłum, już nerwowy i niespokojny z powodu okropnych warunków, zaczął drwić. Steve Moss - Hendrix ciągle bawił się gitarą, której nie mógł dostroić i przeklinał tłum... Adrian - Upał był okropny, a biedny Jimi Hendrix miał straszny czas strojąc swoją gitarę. Podczas gdy walczył, tłum stał się niespokojny, wielu krzyczało 'Daj to zrobić Ericowi' Eric był wtedy bogiem... Frank Bowron - Hendrix całe wieki stroił swoją gitarę, dopiero po wątłych oklaskach rozpoczął set, podpuszczając muzyków "Cream", gdyż zagrał intro do „Sunshine Of Your Love”. Widać było, jak zza kulis wychyla się krzyczący 'Wow!' Ginger Baker. Stałem z boku, blisko sceny, widziałem, że Jimi udawał granie na gitarze zębami, palcem trącał struny, a jego usta były od nich dobre dwa cale... Keith Glazzard - W Spalding zobaczyłem Jimiego Hendrixa śpiewającego i grającego tak dobrze, jak tylko on mógł to zrobić. Ucztą była "Foxy Lady", "The Wind Cries Mary" niemal idealna, ale zdecydowanie najlepszy był w „Like A Rolling Stone” Dylana. Pomiędzy każdym wersem, gwałtowny riff gitary w dłoniach Jimiego, idealne nuty od faceta, który cieszy się z tego, co robi. Jeszcze teraz widzę to i słyszę. Staliśmy blisko w sześciu, w razie potrzeby jeden z nas przebywał długą drogę do baru, po coś do picia, oczywiście na zmianę też chodziliśmy do toalety... Germaine Greer - Jimi próbował przebić się ze swoją gitara przez potworny hałas. Zaczął nawet grać, ale dźwięk był straszny, więc na chwilę zatrzymał się. Tłum zaczął wrzeszczeć i ubliżać mu, więc najpierw spróbował zagadać 'Chcę was trochę ponudzić, może tylko kilka minut. Pozwolicie mi zagrać na gitarze?'. Ale oni nie zwracali na to uwagi i wrzeszczeli jeszcze bardziej. Wtedy Jimi nie wytrzymał i krzyknął na cały głos: 'Zamknijcie się. Jestem tutaj, aby zagrać ten koncert, ale jeśli niczego nie słyszę, to nic dla was nie zrobię. Pieprzę was. Dostroję moją gitarę, jeśli nawet zajmie mi to całą noc'. Niewielu jednak obchodziło, czy „Hey Joe” dobrze brzmi, czy nie. Nie chcieli słuchać jak gra. Chcieli jedynie, aby gitarę szarpał zębami i pocierał ją kutasem. Więc zrobił to - pieprzył się z gitarą, a oni jęczeli i kołysali się na boki. On spojrzał na nich posępnym wzrokiem, bo wiedział, że nie sły­szeli tego, co chciał uzyskać, i nigdy nie usłyszą... Steve Trusler - Jedyne, co pamiętam z występu "Jimi Hendrix Experience", to Jimiego, który próbował robić sprzężenie i jego technicznego próbującego podtrzymać wzmacniacze, aby nie przewróciły się od uderzeń Hendrixa...
Więcej w drugim tomie książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka" (Część I: Rozdział 26), której premiera już 18 października na "Jimiway Blues Festival" w Ostrowie Wielkopolskim.




sobota, 5 października 2019

Billy Cox


Basista Billy Cox ze sławnym już Jimim Hendrixem grał w latach: 1969-1970 w: "Gypsy, Sun & Rainbows", "Band of Gypsys" oraz w trio na trasie "Cry of Love". Obaj (Jimi i Billy) poznali się znacznie wcześniej. Oto fragment z tomu pierwszego (Część II: Rozdział 2) książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka".
Billy Cox, tak jak Hendrix, trafił do 101 Dywizji Powietrzno-Desantowej. Był basistą, to już wiemy z tego wspomnienia Ala, ponadto był o rok starszy od Jimiego Hendrixa, ale w przeciwieństwie do niego, pochodził z rodziny mającej związki z muzyką. Jego matka była klasyczną pianistką, a jeden z jego wujów grał na saksofonie w orkiestrze Duke'a Ellingtona. Billy urodził się w Wheeling, koło Pittsburga, w Zachodniej Wirginii. Ojciec był pastorem w kościele baptystów, zarazem nauczycielem matematyki. Muzyczną edukację Billy zaczął bardzo wcześnie od skrzypiec - Wtedy miałem dwanaście lat, zaś potem przeniosłem się na fortepian, suzafon, saksofon barytonowy i trąbkę. Ale cały ten czas szukałem instrumentu, tęskniłem za takim, który byłby, tak to czułem, dla "mnie". Kiedy byłem w ostatniej klasie szkoły średniej, usłyszałem grający trzy przecznice dalej kontrabas elektryczny. Występował słynny R&B zespół Lloyda Price'a. Bardzo mi się spodobało jego brzmienie... Właśnie wtedy Billy zakochał się w muzyce R&B i bluesie. Początkowo grał w szkolnej orkiestrze symfonicznej, ale został z niej wyrzucony, gdyż, jak przyznał w wywiadzie w 2009 roku - Chcieli, żebym grał smyczkiem...
Pewnego deszczowego listopadowego dnia 1961 roku Billy Cox powracał do jednostki z kina, w którym wraz z kolegami obejrzał film z Johnem Waynem - Wracałem do swojej kompanii i musiałem przejść obok kantyny numer 1. Stanąłem w progu, aby przeczekać ulewę i wtedy usłyszałem dobiegający z wnętrza dźwięk gitary. Czegoś takiego nigdy dotąd ludzkie ucho nie słyszało. To było gdzieś pomiędzy Beethovenem, a Johnem Lee Hookerem. Pomyślałem, że ten co gra, to musi być niezwykły gość. Wszedłem do środka. Stał tam facet z gitarą, chyba Danelectro... Harry Shapiro podaje, że to była czerwona gitara. ...Grał tylko trzy dźwięki - dodawał Billy Cox - ale było w nim coś niesamowitego. To był Jimi. Powiedziałem: 'Jestem Billy Cox i gram na basie'. Pożyczyłem bas, spróbowałem kilka taktów, szybko się dopasowaliśmy i zaczęliśmy razem grać. W wojsku przez jakiś czas nie grałem, ale kiedy usłyszałem Jimiego, moje zainteresowanie do muzyki gwałtownie powróciło. Jimi był wtedy dopiero w początkowym stadium, ale w jego grze usłyszałem coś, czego chyba nikt inny do tej pory nie usłyszał. To było całkiem sympatyczne granie, więc postanowiliśmy razem założyć zespół z żołnierzy, którzy tutaj byli...
Ciąg dalszy tej opowieści w tomie pierwszym. W tomie trzecim książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka", nad którą obecnie pracuję) będzie więcej o współpracy Hendrixa z Coxem. Ale to dopiero za jakiś czas.






piątek, 4 października 2019

Pierwsze występy we Francji

Dzisiaj krótki fragment z rozdziału siódmego części pierwszej drugiego tomu książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka" - o pierwszej zagranicznej trasie "Jimi Hendrix Experience" we Francji, w październiku 1966 roku. Zapraszam.
Samolot z ekipą wylądował na Le Bourget pod Paryżem około jedenastej przed południem. ...Naszą pierwszą trasę rozpoczęliśmy niezbyt szczęśliwie - wspominał Noel - Najpierw okazało się, że samolot jest opóźniony, a po przylocie, że zaginął bagaż z głośnikami. Potem musieliśmy śpieszyć się do paryskiej Olympii, w której mieliśmy zaplanowaną próbę na którą zostali zaproszeni przedstawiciele prasy. Wszyscy, włączając w to Chasa, nosiliśmy sprzęt, liczyliśmy każdy grosz, denerwowaliśmy się i modliliśmy. Na pierwszej trasie to my i Chas byliśmy technicznymi. Przenosiliśmy sprzęt z samolotu, okrycia itd. A kiedy nadchodziła pora, aby całość ustawić na scenie, Jimi i Mitch znikali. Ale byliśmy szczęśliwi, ponieważ mogliśmy grać i mieliśmy co jeść... Jakie uczucia musiały wówczas  targać Jimim, który ze swoim zespołem jeszcze nie występował publicznie, a teraz niemal jak gwiazda wchodził na scenę tego wielkiego teatru? Noel - Nagle byliśmy w trasie znając tylko trzy piosenki. Te pierwsze koncerty były jednak dziwne. Byliśmy w autobusie. Suportowaliśmy Johnny'ego Hallyday'a, podróżującego osobno swoim Aston Martinem. Reszta z nas była w tym rozklekotanym starym wozie... Mitch podał, że Johnny jeździł wtedy samochodem Mustang.
Główną gwiazdą tego krótkiego tournee był oczywiście Johnny Hallyday. We Francji cieszy się wówczas nieustanną popularnością, ma na koncie osiemnaście platynowych albumów i sprzedał ponad 100 milionów płyt. W latach sześćdziesiątych był gwiazdą na miarę "The Beatles" (choć zapewne jedynie we Francji i może jeszcze w kanadyjskiej prowincji Quebec), gwarantującą, że gdziekolwiek się pojawi, przyciągnie tłumy. Śpiewał i mówił wyłącznie po francusku, no i rodacy go kochali, zaś tamtejsze media wręcz absurdalnie go hołubiły. Jak to ładnie ujął Agrypa na portalu Okolice Bluesa - We francuskich mediach Jimi ginął w porażającym blasku Johnny'ego... Wtedy oczywiście, jeszcze tak.
Co było dalej? O tym w tomie drugim książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka". Oficjalna premiera - 18 października na "Jimiway Blues Festival".


czwartek, 3 października 2019

Les Paul


Niewiele brakowało, aby losy Jimiego Hendrixa wyglądały zupełnie inaczej. W tomie pierwszym książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka" (Część IV: Rozdział 10) opisałem m.in. historię z grudnia 1965 roku, kiedy Jimi, jako gitarzysta pracował w zespole "Joey Dee & The Starliters".
Oto jak o tym opowiadał sam Les Paul - To był jeden z tych zabawnych wieczorów. W naszym domu w Mahwah, w New Jersey z moim drugim synem Genem przygotowałem taśmę matkę, dla wytwórni Columbia w Nowym Jorku. Przejeżdżaliśmy obok nocnego klubu w Lodi, New Jersey, gdzie występowały miejscowe talenty. Zatrzymałem samochód i Gene wszedł do środka. Po chwili wrócił i mówi: 'Ojcze, powinieneś sam zajrzeć. Tam jest facet, który gra na gitarze'. Wszedłem i stanąłem w drzwiach, słuchając. Byłem zaskoczony tym co usłyszałem. Faktycznie, w środku grał na gitarze jakiś facet, naginał struny, grał funky, ostro jak diabli. Nigdy dotąd nie widziałem kogoś takiego. Pojechaliśmy do Nowego Jorku, ale postanowiliśmy, że po przedstawieniu w firmie taśm, wrócimy tu. Po kilku godzinach postaraliśmy się tak zrobić. Kiedy już byliśmy z powrotem, zaczęliśmy rozpytywać o tamtego faceta, barman powiedział, że jakiś czarny gość był wcześniej na przesłuchaniu, ale jego gra wydała się zbyt szalona – zbyt dzika, zbyt głośna, on więc jego oraz zespół, z którym był, wyrzucił. Ostatni raz widziano go, jak błaznował na pianinie. Tyle nam powiedziano. Nikt nie znał jego nazwiska, nie wiedział, gdzie można go znaleźć. Chciałem dostać tego chłopaka, więc zacząłem swoje własne, policyjne dochodzenie. Przekazałem menedżerowi i przyjaciołom w Columbii, że słyszałem ognistego faceta, ale że nie znam jego nazwiska, ani adresu i że trudno go zlokalizować. Gene i ja dzwoniliśmy do wszystkich muzycznych knajp w Nowym Jorku i New Jersey. Nikt nie wiedział, o kim mówimy. W końcu poddaliśmy się i zapomnieliśmy o sprawie…
Według Billa Nitopiego, Les Paul po tym, jak zobaczył Jimiego w tym barze, szybko odjechał, bo - jego ego było zupełnie zdruzgotane, widząc nieznajomego, który grając lewą ręką robił to w nieprawdopodobny sposób... Kiedy Les Paul wrócił do tego baru, na estradzie występował zespół. Grał w nim, znany mu biały gitarzysta Roy Buchanan, który tak wspominał - Les szukał czarnego leworęcznego gościa, który, jak mówił, robił szalone rzeczy na scenie... ...Gene i ja pytaliśmy wśród lokalnych muzyków w Nowym Jorku i New Jersey - wspominał dalej Les Paul - ale nikt nie wiedział o kogo chodzi. W końcu sami zaczęliśmy odwiedzać różne nocne kluby na północy i w centrum New Jersey, i w Harlemie, i w śródmieściu. Ale nie było żadnego śladu po tym dzikim facecie z gitarą - różnym od wszystkiego wokół - bardziej funky i bardziej surowym. Sam zaczynałem grając z najlepszymi muzykami jazzowymi i pop w latach 30. i 40., i wierzę, że jeśli chcesz się utrzymać na szczycie, musisz być oryginalny. Dlatego właśnie bywałem w takich miejscach, jak ten klub Allegro... Po roku poszukiwań Les dowiedział się od swojego menedżera, że tamten leworęczny gitarzysta, który tak fantastycznie grał, zginął w pożarze jakiegoś budynku oraz, że - Pożar zaczął się od papierosa…
Ciąg dalszy opowieści o Jimim i Lesie Paulu w tomie pierwszym książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka" - jest jeszcze kilka egzemplarzy. 
Można zamówić pod adresem: pajak.book@gmail.com





środa, 2 października 2019

Wild Thing


Jimi Hendrix swoją interpretacją piosenki "Wild Thing" zaskakiwał zarówno fanów, jak też dziennikarzy i recenzentów. Przypomnę, że wykonując ją na festiwalu w Monterey podpalił i rozbił gitarę.
Dzisiaj opowieść o tym, jak powstała ta piosenka "Wild Thing" - wielki przebój grupy "The Troggs": 2 miejsce na listach przebojów w Wielkiej Brytanii (28 maja 1966 roku) oraz pierwsze miejsce w USA (30 lipca 1966) i jak znalazła się w repertuarze Jimiego Hendrixa (jeszcze w Ameryce, przed wyjazdem do Anglii). Twórcą "Wild Thing" był Chip Taylor, młody wówczas kompozytor, u którego zamówiono piosenkę dla zespołu "Jordan Christopher & The Wild Ones".
Chip Taylor bierze więc gitarę do ręki i zaczyna brzdąkać. ...Akordy musiały być tak proste jak choćby do "Blue Suede Shoes" - opowiadał dalej - Poddałem się zatem strumieniowi świadomości, czekając, może się pojawi coś magicznego i nagle wyłonił się pierwszy wers - 'Dzikusko spraw, by moje serce śpiewało'. Nie wiedziałem jednak, co z tym dalej zrobić. Znałem nagrania firmy Stax Records, wiedziałem więc, że trzeba zostawić pauzę i dodać 'Dzikusko. myślę, że cię kocham'. Co dalej, znowu nie wiedziałem, ale najlepszym rozwiązaniem była cisza. Osiem minut zajęło mi napisanie zwrotki i refrenu, no i spodobało mi się to, co powstało. Nie chciałem jednak mocniej naciskać, lepiej było powoli obserwować, co się z tego wyłaniało... Pierwsza część nowej piosenki była niemal gotowa. Co robić dalej? ...Poczułem się naprawdę dobrze - wspominał Taylor -  ale nie wiedziałem co zrobić w drugiej zwrotce. Utkwiłem w tym i nie mogłem ruszyć dalej...
Na wieczór tego dnia Taylor miał już zamówione Dick Charles Recording Studio, w którym swoje demo sławnych piosenek często nagrywała para Gerry Goffin i Carole King. W tym studiu ma zostać nagrana sesja jakiegoś wykonawcy country. Taylor dzwoni więc do inżyniera Rona Johnsona i prosi, żeby na siedemnastą miał włączone już mikrofony i był przygotowany na wszystko. Już w studiu Taylor siada na stołku i prosi o wygaszenie wszystkich świateł, wspominając - Zupełnie nie wiedziałem, co dalej zrobić. Postanowiłem więc poddać się emocjom. Zdecydowałem, że będę śpiewał to, co mi przyjdzie do głowy...  Taylor opowiadał dalej, że pięć minut później powstał kolejny fragment - 'Dzikusko, wiem, że cię kocham, ale chcę wiedzieć to na pewno, więc chodź i mocno mnie przytul, rusz mnie'. Kiedy przesłuchiwałem taśmę po raz pierwszy zacząłem wybijać rytm na tamburynie i stukać nogą o podłogę, a Ron dmuchając w trzymaną w dłoniach trzcinę wydawał odgłos podobny do okaryny... Nie ukrywał, iż był zachwycony ale i trochę przerażony, że jest katolikiem i aż tak się w tekście obnażył - Kiedy wróciłem do domu, zadowolony z siebie postanowiłem zagrać tę piosenkę mojemu bratu Jonowi. Zrobiłem to, a on padł na podłogę i zaczął się potwornie śmiać. 'Z czego się śmiejesz' spytałem. On na to: 'To najlepsza piosenka, jaką kiedykolwiek słyszałem. I nie tylko jest zabawna, ale też serio pełna seksu, surowych emocji...
O tym, jak piosenka "Wild Thing" zainteresowała Jimiego wspominała Carol Shiroky, z którą Hendrix mieszkał wówczas w hotelu Lenox - Przyszedł kiedyś w nocy i spytał, czy słyszałam tę piosenkę. Chyba dzień później nadano ją w radiu... Jimi używając wazeliny zakręcał swoje długie włosy w loki. ...Kiedy usłyszał ją w radiu, wyskoczył z łazienki, całkiem goły, szybko podłączył swoją gitarę i zaczął grać - dopowiadała Shiroky - Polubił tę piosenkę, muzyka była dla niego łatwa, posłuchał raz, dwa, czy trzy razy i była już gotowa… Bo też, jak słusznie zauważył David Henderson - Dla kogoś kto lata spędził na zgłębianiu czarnej muzyki, od bluesa do R&B, odkrycie białego rocka było równie fascynujące... (Tom 1 - Część IV: Rozdział 12)








wtorek, 1 października 2019

Trasa Jimiego Hendrixa z "The Monkees"


Trasa z "The Monkees" - lato 1967 roku (Tom 2 - Część II: Rozdział 7). Oto krótki fragment.
O tym jak zaczęła się historia jednej z najdziwniejszych w historii show-biznesu oraz w historii Jimiego Hendrixa tras koncertowych opowiadał w książce "Ultimate Hendrix" Chas Chandler - Siedzieliśmy w hotelu po ostatnim koncercie w Fillmore (25 czerwca - przyp. autora), kiedy Mike Jeffery zadzwonił z Nowego Jorku. Jimi i ja siedzieliśmy w moim pokoju. Mike powiedział, że ma świetne wiadomości. 'Właśnie to zrobiłem, świetna okazja, ogólnokrajowa trasa koncertowa' powiedział. 'Z kim?' spytałem. On na to: 'Z "The Monkees". 'Popieprzyło ci się dokumentnie?' odparłem. Rzuciłem słuchawką. Zapytałem Hendrixa: 'Czy chcesz zagrać przed "The Monkees"'? On na to: 'Co ten Jeffery robi!'. Jeffery nie mógł zrozumieć, dlaczego Jimi i ja byliśmy tak rozgniewani. Pomyślał, że sparowanie Hendrixa z "The Monkees" nie różniło się od tego, gdy "Herman's Hermits" koncertował z "Animalsami"... Dave Southall podał, że propozycja obejmowała aż 29 koncertów. Mitch - W pierwszym roku, każdy z nas, widział Jeffery'ego tylko dwa razy. Nigdy nie wiedziało się, co knuje lub gdzie był. A teraz po tym telefonie pomyśleliśmy: 'Ponownie zaczynamy. Po "The Walker Brothers" i Engelbercie, otrzymujemy "The Monkees"'... Noel – Jeffery nie skonsultował z nim (Chasem) tego posunięcia i występów u boku tych czterech podstawionych frajerów. Ja osobiście pomysł ten uważałem za bardzo dobry, ponieważ oni byli już znani, a my mogliśmy zdobyć ich publiczność. Poza tym mieliśmy latać ich samolotem i zatrzymywać się w eleganckich i drogich hotelach. No i gdzie tu był problem?... Podobną opinię wyraził Stan Cornyn, z firmy Warner Brothers - W tamtych czasach wszystko poza Deanem Martinem należało do jednej kategorii, a "The Monkees" i "Jimi Hendrix Experience" byli poza Deanem Martinem. Nie było więc w tym nic absurdalnego, aby ich połączyć. W końcu jedni i drudzy grali głośno...
Chandler jednak był wściekły, że Jeffery tak bardzo źle ocenił amerykański rynek muzyczny. Jeffery z kolei nie mógł zrozumieć gniewu Chandlera i Hendrixa. Wydawać by się mogło, że rewelacyjnym pomysłem było dołączenie tria Hendrixa, mało wtedy znanego w Ameryce, jeszcze bez przebojowego singla, którego debiutancki album w USA miał ukazać się dopiero 23 sierpnia, do bardzo popularnej tam grupy "The Monkees", jednej z najgorętszych wtedy gwiazd na amerykańskim rynku, grupy znanej z telewizyjnego programu i kilku przebojów. Muzyka "Jimi Hendrix Experience" nie miała jednak nic wspólnego z popem, jaki wykonywali „Monkeesi”, których koncerty gromadziły zupełnie inną, liczną, ale też dużo młodszą widownię. Średnia wieku fanów "The Monkees" wynosiła 9, w najlepszym przypadku 10-12 lat, więc na koncerty przychodzili z rodzicami. Nawet, gdyby skandalizujący występ Hendrixa im się spodobał, to rodzice mogli być nim oburzeni. Dla Hendrixa pewnie lepszym rozwiązaniem byłby wojaż po amerykańskich klubach z Ericem Burdonem i jego "New Animals". Pete Townshend w autobiografii "Kim jestem" - Biedny Jimi. Ktoś musiał donieść jego menedżerom, że "The Who" gromadzili wielką widownie podczas tournee z "Herman’s Hermits" (nieprawda!), zatem zdecydowali się go wysłać w trasę jako suport "The Monkees". Łatwo się dziś zapomina, jak wielką popularnością cieszyła się wtedy grupa; jej albumy całe lato okupowały pierwsze miejsce w zestawieniach, a seriale telewizyjne z jej udziałem(nie krzywili się na nie nawet najwięksi intelektualiści show-bizensu) także okazały się wielkim sukcesem. Mimo to niełatwo sobie wyobrazić "The Monkees" i Jimiego Hendrixa razem... No tak, ale Jeffery’emu chodziło tylko o kasę. Dla niego to był już najwyższy czas, by wykorzystać popularność Hendrixa, wywołaną jego występami na festiwalu Monterey oraz na Zachodnim i Wschodnim Wybrzeżu USA.
Więcej w drugim tomie książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka" - której premiera w Ostrowie Wielkopolskim 18 października na "Jimiway Blues Festival".