wtorek, 17 grudnia 2019

Seattle


Dzisiaj o mieście urodzenia Jimiego Hendrixa, czyli o Seattle. Zapraszam do lektury.
Jak Kansas City w latach trzydziestych, Seattle także było miastem otwartym dla czarnych i to od początku XX wieku. Zatem zaczęli przyjeżdżać do stanu Waszyngton i w 1910 było ich w Seattle już ponad ośmiuset, chociaż w okresie ekonomicznego kryzysu lat trzydziestych, największe grupy etniczne stanowili jeszcze Żydzi i Włosi, a po nich dopiero Murzyni, Japończycy i Chińczycy, to w latach drugiej wojny światowej populacja czarnej społeczności szybko wzrastała. Miejscowe zakłady zbrojeniowe potrzebowały niewykwalifikowanych robotników, no i wkrótce liczba czarnych mieszkańców przewyższyła grupę azjatyckich imigrantów, zwłaszcza z Chin. W roku 1944 w największych w Seattle zakładach Boeinga pracowało już tysiąc sześciuset czarnych robotników, którzy osiedlali się głównie w Central District, centrum muzyki i nocnego życia. Keith Shadwick przytoczył wypowiedź saksofonisty Marshalla Royala - To była odmienna grupa ludzi. Byli mili i serdeczni. Nie mówię tylko o czarnych, ale o Chińczykach, którzy mieli firmy taksówkowe i temu podobne rzeczy. Byli wtedy naszymi kumplami... Działo się tak, mimo, że w niektórych miejscach na Jackson Street, jak w The Trianon Ballroom, segregacja rasowa nadal obowiązywała, dotycząc nie tylko tancerzy, ale też muzyków. A jednak, jak zanotowała historyk Esther Mumford - Mimo licznych przeszkód w realizacji zamierzeń, zarówno w stanie Waszyngton, jak i samym Seattle oferowano czarnym znacznie więcej, niż w miejscach, które opuścili...
Miasto, mimo swego oddalenia od muzycznych centrów USA, zwłaszcza Nowego Jorku, było regularnym przystankiem na trasach koncertowych zespołów udających się na południe, do Kalifornii, do Los Angeles i San Francisco. W samym Seattle działało wielu muzyków, którzy nigdy tego miasta nie opuścili, bądź rozpoczynali tam krajową karierę. Mildred Bailey, ze Spokane, w pobliżu granicy ze stanem Idaho, zanim została wokalistką popularnego  w całych Stanach zespołu Paula Whitemana, wiele lat spędziła w Seattle zdobywając właśnie tu doświadczenie. Podobnie jak saksofonista orkiestry Duke'a Ellingtona, Floyd Turner Junior, czy inny saksofonista - Dick Wilson, grający w zespole Andy'ego Kirka "Twelve Clouds of Joy", nazwany przez Dizzy'ego Gillespie, jako - połączenie Lestera Younga i Herschela Evansa... Do Seattle napływali również muzycy z innych rejonów Ameryki, znajdując tu lepsze warunki ekonomiczne i socjalne. Należeli do nich: Quincy Jones, który mając dziesięć lat trafił tu z Chicago oraz pianista Jimmy Rowles (James George Hunter ze Spokane niedaleko Seattle), akompaniator m.in. Billie Holiday. Inną drogę przebył Ray Charles z Tampa na Florydzie. Do Seattle przyjechał wprawdzie jako dorosły, ale był pianistą jeszcze nie ukształtowanym, naśladował wtedy swojego idola Nata King Cole'a.
Trębacz Leon Vaughn pamiętał, że w 1948 roku, w okolicy ulicy Jackson otwarte były aż 34 kluby, w których grały małe grupy złożone zarówno z białych, jak i czarnych instrumentalistów. Muzyka jaka tam rozbrzmiewała była podobna, był to przede wszystkim popularny wśród tancerzy R&B (Rhythm'n'Blues), jump-bluesa, czy shuffle. Jak stwierdził Paul De Barros - Było tu zupełnie inaczej, niż w innych miastach Zachodu, takich jak Los Angeles, gdzie w opozycji do czarnych hard-boperów, biali grali "cool" (West Coast). W Seattle muzyka białych i czarnych łączyła się w muzykę środka, dla odbiorców łatwiejszą i przyjemniejszą... Wielki wpływ miały na to występy popularnych orkiestr swingowych - Lionela Hamptona, czy Duke'a Ellingtona oraz od 1946 organizowane przez Normana Granza koncerty z cyklu Jazz At Philharmonic. Muzyka w Seattle rozbrzmiewała zarówno w dzielnicy włoskiej, jak i w dystrykcie centralnym, w okolicy Jackson Street, a jej fanami byli także Al Hendrix i Lucille Jeter.
To był fragment z tomu pierwszego opowieści o Jimim Hendrixie - "Szaman Rocka", obejmującego niespełna 24 lata jego życia. Książka ta w nakładzie tylko 150 egzemplarzy już się rozeszła. Jest jeszcze kilka egzemplarzy tomu drugiego, którego premiera była na tegorocznym "Jimiway Blues Festival" w Ostrowie Wielkopolskim, festiwalu uhonorowanym najważniejszą nagrodą w świecie bluesa - "Keeping The Blues Alive". Tom drugi obejmuje okres najważniejszy - od września 1966 do końca stycznia 1968 - zdobywania przez Hendrixa publiczności, najpierw w Wielkiej Brytanii, później w Europie (Francja, Niemcy Zachodnie, Benelux i Skandynawia) wreszcie w Ameryce (festiwal w Monterey, trasa z zespołem "The Monkees"). W przygotowaniu jest tom trzeci - od powrotu Jimiego do Ameryki (30 stycznia 1968) do jego śmierci w Londynie (18 września 1970). Tom drugi jeszcze można zamówić - tylko w internecie - pod adresami: pajak.book@gmail.com oraz gzpajak@op.pl






poniedziałek, 16 grudnia 2019

Al spotyka Lucille


Dzisiaj kolejny fragment z pierwszego (już niedostępnego u mnie) tomu książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka" - pierwszej po polsku i polskiego autora biografii gitarzysty wszech czasów. O tym, jak poznali się Al Hendrix, ojciec Jimiego i jego matka - Lucille.
Ojciec Jimiego pamiętał, że rodzice Lucille, zapewne jako członkowie kongregacji, nie pili alkoholu. Jej matka pomagała w domu rodziny Hurdów, znajomych Ala, ale kiedy jesienią 1941 roku ją poznał, nie pracowała już nigdzie i rodzina Jeterów żyła na zasiłku socjalnym. Preston i Clarice nie mieli żadnych zdolności muzycznych, za to ich córka Lucille nie tylko kochała taniec, ale też, jak Al, ojciec Jimiego,  miała muzyczny talent. Jak zauważył Keith Shadwick - Muzyka, to było to, co ich połączyło...
Po wieczorze tanecznym w Washington Club, we wrześniu 1941, Al i Lucille zaczęli się spotykać regularnie. Lucille odwiedzała go w domu i pewnego dnia, jak wspominał - uratowała mu życie. Kiedy bowiem przyszła, leżał na łóżku i wył z bólu. Wezwany lekarz rozpoznał bardzo zaawansowaną przepuklinę i zabrał Ala do miejskiego szpitala Harboview. …Żeby mnie odwiedzać, została wolontariuszką. Od tej pory spotykaliśmy się coraz częściej wspominał ojciec Jimiego. …Zaintrygował ją przede wszystkim jego kanadyjski akcent. W Seattle przybysze z tamtej strony granicy cieszyli się sporym zainteresowaniem – tłumaczyła Delores Hall. …Al był przystojny, choć niezbyt wysoki, zaś urodziwa Lucille dziewczęcym wyglądem zwracała uwagę wszystkich mężczyzn – zanotował Charles R. Cross, a James Pryor wspominał – Al był chłopakiem muskularnym, więc nikt się do Lucille nie zbliżał, a gdy mimo to ktoś się wokół niej kręcił, on ostrzegał, że go zabije… Po operacji przepukliny Al stracił pracę w odlewni, nie mógł już tak ciężko pracować, znalazł więc zajęcie wymagające mniej siły. Przy Madison 2028, w sali bilardowej Honeysuckle’s Pool Hall, układał bile na stojakach. No i coraz częściej spotykał się z Lucille u siebie, wynajmował wtedy pokój przy 23 Alei. Jak wspominał - Dziewczyny, mogłem przyjmować jedynie w salonie i to w obecności gospodyni. Woleliśmy więc chodzić na długie spacery. Lucille mieszkała niedaleko Garfield High School... (do której później będzie chodził Jimi) …Potem Japończycy zaatakowali Pearl Harbor i wszystko się zmieniło – zanotował Leon Hendrix.
Dzisiaj więc było trochę historii i opowieści o życiu, z pierwszego tomu biografii Jimiego Hendrixa - "Szaman Rocka". Tomu pierwszego proszę szukać w antykwariatach, tom drugi jeszcze jest dostępny, ale tylko w internecie. Można go zamówić pod adresami: pajak.book@gmail.com lub gzpajak@op.pl
Można jeszcze zdążyć przed świętami.



niedziela, 15 grudnia 2019

Al Hendrix trafia do Seattle


Taneczną pasję ojciec Jimiego zaczął wkrótce dzielić z innym zajęciem, z boksem. Zachęcony przez jednego z łowców talentów, w 1936 roku trafił na bokserski ring. Zachęcony przez jednego z agentów, że może zarobić 25 dolarów, pojechał do Seattle na turniej "Golden Gloves". Odbywał się w miejscowej sali Crystal Pool, na Pierwszej Alei, a - brali w nim udział bokserzy z całych Stanów... Walcząc w wadze półśredniej dotarł aż do finału mistrzostw okręgu. Niestety, dopiero na miejscu okazało się, że jest to turniej dla amatorów, którzy za swoje walki nie dostaną ani centa. Zapewne to, jak i zdanie fachowców od zawodowego boksu, że Al Hendrix, choć nieźle umięśniony, był na zawodowy boks zbyt niski, miał 170 cm wzrostu, miało to wpływ na szybkie zakończenie jego sportowej kariery. Poza tym, jak wspominał - Nie miałem instynktu "zabójcy", po co miałem bić z całej siły faceta, który wisiał już na linach. On przecież nic mi nie zrobił...
Kiedy osiemnastoletni Al przestał marzyć o sukcesach na ringu, podjął pracę w Vancouver jako kelner i tancerz w restauracji Chicken Inn, starał się też o lepszą posadę, stewarda na kolei. Odrzucano jego podania używając argumentu, że jest zbyt niski. Doszedł wtedy do wniosku, że w rodzinnym mieście niczego nie osiągnie, postanowił więc przenieść się do pobliskiego Seattle, sądząc, że w USA łatwiej znajdzie pracę. Był już tam wcześniej, kiedy miał 12 lat. Wycieczkę do Seattle zorganizował wówczas pastor protestanckiego  kościoła afrykańskich  metodystów w Vancouver. Pojechały na nią dwie panie z kongregacji oraz Nora Hendrix z Alem i Frankiem. ..Zjedliśmy obiad w małej restauracji na 22 Ulicy i Madison. Widziałem bardzo dużo czarnych dzieciaków bawiących się na ulicy. Domyśliłem się, że w Seattle mieszka znacznie więcej czarnych aniżeli w Vancouver... Al opuścił Vancouver w 1940 roku, a pierwszym jego przystankiem po drodze do Seattle stało się miasteczko Victoria, oddalone od Seattle o 85 mil. Mieszkał tam jego kolega Dee Meyers. Razem z nim Al, przez dwa lub trzy miesiące, dzielił pokój, razem też pracowali na ulicy, czyszcząc buty białym przechodniom. Później już było Seattle. Jak wspominał, było to dość proste, gdyż miał, tak jak i pozostali członkowie rodziny, podwójne obywatelstwo - amerykańskie (po rodzicach) i kanadyjskie (z racji urodzenia).
Przytoczony fragment pochodził z rozdziału 1 części I, pierwszego tomu książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka" (już niedostępnego) - tom drugi do nabycia tylko w internecie: pajak.book@gmail.com lub gzpajak@op.pl




sobota, 14 grudnia 2019

Rodzice Lucille matki Jimiego


Rodzice Lucille, Preston i Clarice, byli czarnymi mieszkańcami Seattle, którzy dotarli tam w poszukiwaniu lepszego życia. Ojciec Lucille, a dziadek Jimiego, Preston Jeter urodził się 14 lipca 1875 roku, w Richmond w Wirginii. Jego matka była niewolnicą, a po wojnie secesyjnej pozostała na służbie u swojego byłego pana, ojca Prestona. Dziadek Jimiego w młodości był świadkiem linczu, obawiając się potem swoje o życie, zmienił nazwisko i pośpiesznie opuścił Południe, szukając lepszego i bezpieczniejszego miejsca. Nie miał wykształcenia, pracował więc fizycznie, najpierw jako górnik w pobliżu Whitesville, na południe od Charleston, potem był robotnikiem portowym, aż trafił do Bostonu. gdzie poznał białego lekarza, który chcąc mu pomóc, zajął się jego edukacją. Czasy jednak nie były łatwe, Preston miał kłopoty ze znalezieniem pracy, zostawił więc swego opiekuna i wyjechał na północny zachód do stanu Waszyngton. Miał 25 lat, gdy podjął pracę w kopalni węgla, najpierw w Roslyn, w górach Cascade, a dziesięć lat później w niezbyt odległym Newcastle. Do Seattle dotarł w 1915 roku. Tam stwierdził, że w przeciwieństwie do Południa, skąd pochodził, w stanie Waszyngton, zwłaszcza w Seattle, segregacja rasowa nie była dokuczliwa. Czarna społeczność, raczej wtedy niezbyt liczna (w spisie z 1900 wymieniono zaledwie 406 czarnych mieszkańców), zamieszkiwała przede wszystkim District Central, czyli dzielnicę Centralną, najstarszą i niestety także najbardziej zrujnowaną część miasta. Ale wydawała własną prasę, miała własne restauracje i sklepy oraz dzielnicę rozrywki  przy Jackson Street, ulicą porównywaną choćby z Beale Street w Memphis. W Seattle, przez pewien czas, Preston Jeter pracował jako ogrodnik i tam doczekał emerytury. ...Był starym, nieco gburowatym facetem, który przypomniał mi aktora Wallace Beery'ego - zapamiętał Al Hendrix - wspominał, że był dokerem, ale kiedy go poznałem był już na emeryturze i nic nie robił. Myślę, że opowiadając o sobie, trochę koloryzował, ale dobrze nam się rozmawiało. Udawał szorstkiego i twardego faceta, ale generalnie był wrażliwy i delikatny. Zmarł w czasie wojny...
W roku 1915, przeglądając miejscową gazetę Seattle Republican Preston Jeter trafił na ogłoszenie matrymonialne Młoda kobieta, Clarice Lawson szukała męża. Pochodziła z Arkansas, był młodsza od Prestona o prawie 20 lat. ...Tak jak Lucille, była szczupła i niezbyt wysoka, miała też jasną karnację... Clarice miała cztery starsze siostry i wraz z nimi z Little Rock, gdzie się urodziła 17 stycznia 1984 roku, dojeżdżała do Delty Mississippi do pracy w polu. ...Podczas jednej z takich wypraw dwudziestoletnia wówczas Clarice została zgwałcona. Kiedy odkryła, że jest w ciąży, siostry zabrały ją na zachód, by tam znaleźć męża... Ogłoszenie matrymonialne dały w Seattle. Odpowiedział na nie właśnie Preston Jeter. Zaczęli się spotykać, ale kiedy mężczyzna zorientował się, że jego partnerka jest w ciąży, przestraszył się i zerwał znajomość. Wkrótce potem dziecko przyszło na świat i przekazano je do adopcji. Siostry, były jednak zdeterminowane, zaoferowały Prestonowi Jeterowi za ślub z Clarice sporo pieniędzy. Wtedy też ostatecznie 'lody zostały przełamane', Preston i Clarice pobrali się i zamieszkali w Seattle, w dzielnicy zwanej Central District. Małżeństwo przetrwało trzydzieści lat, a Clarice aż osiem razy rodziła - dwoje dzieci zmarło bardzo wcześnie, dwoje zaś przeznaczono do adopcji. ...Jimi bardzo ją lubił, zawsze mówił do niej "babciu". Kiedy był mały, babka zabierała go do kościoła...
Fragment powyższy pochodził z tomu pierwszego książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka" (nakład wyczerpany). Tom drugi jeszcze do nabycia przez internet: pajak.book@gmail.com lub gzpajak@op.pl





piątek, 13 grudnia 2019

Al Hendrix, ojciec Jimiego


Dzisiaj krótki fragment o ojcu Jimiego, Jamesie Allenie Hendrixie (ur. 10.06.1919 w Vancouver w Kanadzie), zaczerpnięty z tomu pierwszego książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka".
Piętnastoletni Al, dzieląc pokój z bratem Frankiem i z sublokatorem Big Billem Crowfordem, pracownikiem kolejowym, jak wielu jego rówieśników, namiętnie słuchał radia, szczególnie programu Midnight Prowl, w którym prezentowano nagrania i występy popularnych orkiestr: Duke'a Ellingtona, Benny'ego Goodmana i Artiego Shawa. To była bardzo atrakcyjna brzmieniowo, synkopowana muzyka, a że Al miał silne poczucie rytmu, więc postanowił, że zostanie tancerzem. Już w dzieciństwie - Gdy odwiedzali nas krewni lub znajomi, mama mówiła: 'Chodź Al, pokaż jak tańczysz'... Zresztą wszyscy w domu stepowali, tańczyli walca, tango, a także indiańskie tańce, które Nora nazwała tańcem Apaczów. Dla Ala, prawdziwym początkiem fascynacji tańcem był charleston, utrzymany w metrum 4/4 o synkopowanym rytmie, modny w latach dwudziestych XX wieku taniec, nazwany od miasta w Południowej Karolinie, który ogromną popularność w tamtym czasie i to nie tylko wśród czarnych, ale również białych, zawdzięczał piosence "The Charleston" murzyńskiego pianisty z Harlemu, Jamesa Price Johnsona, zwanego "dziadkiem fortepianu".
W 1936 roku (lub w 1938) do Vancouver na koncert przybył big band Duke’a Ellingtona. Al chciał dostać się do słynnego lidera, aby dostać autograf, ale jak wspominał - Wokół niego tłoczyło się mnóstwo ludzi z kartkami papieru i piórami w rękach, a on wyglądał na straszliwie zmęczonego. Zrobiło mi się go żal... Wówczas w Vancouver odbył się także konkurs taneczny. Na początku lat dwudziestych ub. stulecia, Ameryka oszalała na punkcie spopularyzowanego przez Caba Calloway'a swingowego tańca jitterbuga, niezwykle widowiskowego, wymagającego wręcz cyrkowych umiejętności. Al wtedy bardzo chętnie i z wielkim wyczuciem wywijał jego figury na parkiecie. Tak się też stało wtedy, a dodatkową motywacją do występu była cenna nagroda, jak wspominał Al - Wynosiła sto dolarów... Zgłosił się więc do konkursu wraz z Busterem Keelingiem oraz Dorothy King i Almą. Wypadało po 25 dolarów na każdego, trzeba było tylko wygrać. Niestety najlepszą okazała się grupa, którą, jak opowiadał później Al – muzycy big bandu przywieźli ze sobą z Los Angeles...
Ciąg dalszy w tomie pierwszym książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka" (nakład już wyczerpany). Obejmujący okres londyński gitarzysty wszech czasów od września 1966 do końca stycznia 1968 roku tom drugi można jeszcze nabyć tylko w internecie pod adresami: pajak.book@gmail.com oraz gzpajak@op.pl





czwartek, 12 grudnia 2019

Rodzinne "korzenie"


Po oszałamiającym debiucie w Wielkiej Brytanii jesienią 1966 roku, Jimiego Hendrixa nazwano z emfazą, może nieco żartobliwie, na pewno też z rasistowskim odcieniem „Człowiekiem z Borneo”, „Dzikusem Popu” bądź „Szamanem Rocka”. Wówczas też, niektóre brytyjskie gazety pisały jego imię jako „Jim”, zaś nazwisko jako „Hendrick”. Co do imienia, to był ewidentny błąd, co zaś do nazwiska, pewnie był to przypadek, gdyż trudno podejrzewać, żeby dziennikarze znali wtedy prawdziwą historię Jimiego. Tak na marginesie, pracując nad tą jego biografią, starając się zweryfikować wiele faktów, wyprostować sporo mitów i legend, korzystając z tysięcy stron zapisanych w książkach i magazynach, wypowiedzianych w materiałach wizyjnych i materiałach audio, nie raz miałem wątpliwości, czy tę prawdziwą historię Jimiego Hendrixa ktoś kiedykolwiek naprawdę pozna? Sam Jimi często bowiem zmieniał opowieści dotyczące rodziny i swego dzieciństwa, a różni autorzy jego bardzo różnych zresztą biografii, starali się fakty powszechnie znane i dostępne zmieszać z historyjkami mniej lub bardziej prawdopodobnymi, czy jednak prawdziwymi. Wątpliwości istnieją, choć starałem się jak najbardziej je rozwikłać. 
Powracając zaś do nazwiska Hendrick (lub Hendricks). Podobno takiej pisowni używała w dalekiej przeszłości jego rodzina, dopóki dziadek ze strony ojca, Bertran Philander Ross Hendrick, w 1912 roku nie skrócił nazwiska na Hendrix. …Niewiele wiem o rodzinie ojca – zanotował Al Hendrix, ojciec Jimiego – Wiem tylko, że urodził się w Urbana City, małej miejscowości w stanie Ohio, gdzie  mieszkało sporo Hendrixów, cały klan. Miałem w wojsku kolegę, który stamtąd pochodził. Trudno było znaleźć na mapie to miejsce. Ojciec był tam żonaty, ale nie wiem, czy się rozwiedli. Pamiętam, jak opowiadał, że był policjantem w Chicago...
Jak wynika z przechowywanych długo w rodzinnym domu dokumentów rodzinnych, z których korzystał Tony Brown pisząc swoją "Jimi Hendrix. A Visual Documentary – His Life, Loves And Music”, w której sięgnął do jego przodków, aż do wieku XVIII,  dziadek Jimiego, czyli wspomniany Bertran Philander Ross Hendrick, przyszedł na świat we wtorek 11 kwietnia 1866, czyli rok po zakończeniu wojny secesyjnej. Jego matka, Fanny (ur. 1852), Indianka czystej krwi z plemienia Czirokezów, zamężna z Jeffersonem Hendricksem, była służącą u Bertrana Philandera Rossa, bogatego właściciela ziemskiego (jego majątek w 1870 roku wyceniano na 135 tysięcy dolarów). Jak przypuszczają niektórzy biografowie Jimiego, Fanny Moore została prawdopodobnie uwiedziona lub zgwałcona przez swego pana. W Urbana City wszyscy wiedzieli kto jest ojcem dziecka. Fanny, albo chciała się zemścić, albo to jeszcze podkreślić - w nadziei, że ten będzie łożył na dziecko, co jednak nigdy nie nastąpiło... dała więc synowi imiona po białym swoim byłym właścicielu. Fanny miała wtedy prawie 40 lat i syna wychowywała samotnie, klepiąc biedę, gdyż mimo, że po dziewiątym kwietnia 1865 r., po zakończeniu wojny secesyjnej, rząd federalny zniósł niewolnictwo i wyzwolonym Murzynom obiecał przydział 10 akrów ziemi na własność, sytuacja "czarnych", wcale się nie poprawiła. Byli niewolnicy, albo pozostali na tamtych terenach i pracowali za grosze, albo też uciekali na północ.
Tyle na dziś - z pierwszej części, pierwszego rozdziału, pierwszego tomu biografii gitarzysty wszech czasów "Jimi Hendrix Szaman Rocka". Nakład pierwszego tomu jest już wyczerpany - tom drugi opisujący dzieje Hendrixa w Anglii, od września 1966 do końca stycznia 1968 roku, można jeszcze nabyć, mailowo: pajak.book@gmail.com lub gzpajak@op.pl Przypominam nakłady obu tomów to tylko 150 sztuk. Warto się pośpieszyć.







środa, 11 grudnia 2019

Reprise Records


25 stycznia 1967 roku magazyn Variety, jako pierwszy, napisał o planach podboju Ameryki przez Jimiego i jego trio – Hendrix jest teraz przygotowywany na swój amerykański debiut. (Michael) Jeffery wstępnie ustala szczegóły jego podróży do USA, zaplanowane na początek lutego... Ameryka Północna była znacznie większym rynkiem zbytu muzyki, niż cała Europa. W czerwcu 1966 roku, podczas ostatniego tournee po USA zespołu "The Animals", Chas Chandler przekazywał Bobowi Dawbornowi z Melody Maker (wydanie z 11 czerwca) - Na koncerty w angielskich koledżach może przyjść maksymalnie dwa tysiące osób. W jednym tylko miejscu, w Fordham, tylko w holu było siedemnaście tysięcy. W najmniejszym, w którym byliśmy, Amhurst, mogło być sześć tysięcy... Nic więc dziwnego, że w chwili, gdy "JHE" "przebijał" się w Wielkiej Brytanii i wzbudzał coraz większe zainteresowanie we Francji i Niemczech Zachodnich (Część I), jego menedżerowie, zwłaszcza Michael Jeffery, postanowili odnowić kontakty z amerykańskim show-biznesem, aby nie tylko zdobyć uznanie amerykańskich odbiorców, ale też umiejętnie i z dobrym zyskiem sprzedawać im wszystkie produkty, zwłaszcza płyty. Chris Stamp - Wielka Brytania była laboratorium Jeffery'ego i Chandlera. Kiedy podpisali kontrakt z Warner Bros., Hendrix już był gotów do szerokiego otwarcia na Amerykę... John McDermott uważa, że Jeffery podjął starania już wtedy, kiedy trio "JHE" wyjechało na listopadowe koncerty w Monachium. Wydaje się jednak, że rozmowy na temat Hendrixa, Jeffery podjął w Nowym Jorku dopiero w styczniu, kiedy singiel "Hey Joe" wspinał się na brytyjskich listach przebojów, a koncerty tria w Wielkiej Brytanii zauważyło już sporo ludzi. Pierwszą osobą, do której zwrócił się 20 stycznia, był Johanan Vigoda, adwokat z kancelarii prawnej Marshall & Vigoda - Jeffery przyszedł do naszego biura, abym poszukał kontraktu na płyty dla czarnego gitarzysty, którego znalazł. Pokazał mi recenzje z New Musical Express oraz zdjęcia Hendrixa w pelerynie, który pod pachami, jak zapaśnik, trzyma twarze dwóch białych facetów. Jeffery był przekonany, że Hendrix jest wielką gwiazdą, a stanie się światowym fenomenem...
Vigoda postanowił zwrócić się do Atlantic, firmy która nie tylko liczyła się na rynku, ale też poszukiwała nowych wykonawców. Jednak jej szef Ahmet Ertegun odrzucił propozycję umowy z artystą, uznał go bowiem za "drugorzędnego B.B. Kinga". Wówczas Jeffery zasugerował Johananowi Vigoda kontakt z szefami Reprise, firmy należącej do koncernu Warner Brothers - Seven Arts. ...To był dziwny wybór - zauważył Sean Egan.
Reprise dotąd nie istniała na rynku rockowym, znana była raczej z wydawania i dystrybucji płyt Franka Sinatry, jego córki Nancy, a także Keely Smith, Binga Crosby'ego, śpiewających aktorów Danny'ego Kaye'a i Freda Astaire'a, aktorki i piosenkarki musicalowej Ethel Merman oraz słynnej w USA „Rat Pack”, "paczki" przyjaciół Franka: Deana Martina i Sammy'ego Davisa Juniora. Firmę w 1960 roku założył w Burbank w Kalifornii Frank Sinatra "The Voice" ("Głos"), jak nazywano go w USA. ...Był on przede wszystkim symbolem Ameryki - zauważył Marek Gaszyński w artykule "Stulecie Sinatry", zamieszczonym w magazynie Jazz Forum (12/2015) - podobnie jak jazz, biała chusteczka i wesoła facjata Louisa Armstronga, Coca-Cola i nowojorskie drapacze chmur... Frank Sinatra wchodził we własny interes, własną firmę, dzięki wsparciu oddziału muzycznego Warner Bros. Nikt nie oczekiwał, że otworzy przedsiębiorstwo o nazwie Sinatra Records, ale nazwa, którą wybrał  okazała się zaskakująca – Reprise (w języku polskim = podatek). ...Jeśli się wsłuchać w to słowo - zauważył Michael Freedland w książce "Do utraty tchu" - sprawiało wrażenie cofania się, podczas gdy wszystko w jego karierze wydawało się dowodzić, że zmierza do przodu. Ale (nazwa) się przyjęła...
Ciąg dalszy w drugim tomie "Jimi Hendrix Szaman Rocka", zamówienia pod pajak.book@gmail.com lub gzpajak@op.pl