wtorek, 14 lipca 2020

Harlem

…Harlem to alabastrowe naczynie, które przechowuje serce czarnej Ameryki, jej historię i nadzieję, jej frustracje i rozpacz, gorzki ból bycia czarnym, ale też energię i żywotność. To muzyka duszy, rapsodia, pieśń miłosna, kołysanka szeptana do ucha w długą noc - zanotował Eddy Harris.
            Po drodze do "Wielkiego Jabłka", jak się Nowy Jork nazywa, Carl Fisher załatwia (podobno), Jimiemu Hendrixowi nagranie w Filadelfii z Lonnie Thomasem Youngbloodem, cenionym saksofonistą soulowym i wokalistą, który w studiu potrzebuje jakiegoś gitarzysty. Tak przynajmniej twierdzą niektórzy autorzy. Z kolei Peter Doggett podaje - Choć prawdopodobnie sesje miały miejsce nie w 1963, a w 1965 roku, twardych dowodów na to brakuje... Autorzy hasła biograficznego w Wikipedii również są zdania, że Youngblood i Hendrix poznali się dopiero w 1965 roku. Wiele może tu wyjaśnić wypowiedź samego Lonniego Youngblooda z 1965 roku, przytoczona przez Seana Egana - Właśnie wtedy wróciłem z wojska i szukałem jakiejś pracy. Hendrix pracował z moim przyjacielem, Curtisem Knightem. Okazało się, że był im potrzebny saksofonista, więc Curtis mnie zatrudnił. Przede wszystkim, nie byłem tym zachwycony, Curtis Knight nie był wielkim muzykiem, ale on powiedział mi, że ma świetnego gitarzystę Jimmy'ego Jamesa, który zaczął z nim pracować. Kiedy usłyszałem zespół i Jimmy'ego, powiedziałem: "Do diabła, chciałbym grać z tym facetem". Zacząłem więc grać z Curtisem. Pracowaliśmy w całym mieście... Mimo to, wielu biografów: Harry Shapiro oraz Tony Brown, czy Johnny Black, podają rok 1963, jako termin tej sesji Hendrixa i Youngblooda, jestem jednak zdania, że właściwe jest umiejscowienie współpracy Jimiego Hendrixa i Lonniego Youngblooda w 1966 roku.
            Możemy również przyjąć, że Jimi Hendrix dotarł do Nowego Jorku nie w grudniu 1963, jak to sugerują niektórzy, lecz dopiero na początku następnego roku. Chociaż najbardziej kompetentny, jeśli idzie o ten okres życia i działalności Hendrixa Steven Roby  podaje, że jego przyjazd do Nowego Jorku, nastąpił jeszcze wcześniej, bo już pod koniec listopada i że wtedy spotkał się z Samem Cooke'm, który występował od 22 do 27 listopada 1963 roku w teatrze Apollo w Harlemie, do tego spotkania doprowadziła Lithofayne "Faye" Pridgon, jako była przyjaciółka Cooke'a. Wzięła Jimiego ze sobą i przedstawiła Jerry'emu Cuffee, który zajmował się sprawami Sama. ...Jimi poszedł do garderoby Sama Cooke'a w Apollo 22 listopada z gitarą pod pachą, oferując swoją pracę. Niestety Cooke odmówił, miał swojego gitarzystę, Jimi wyszedł wyraźnie zdenerwowany z jego garderoby, potknął się schodząc na dół po teatralnych schodach... W swojej pracy Roby opierał się prawdopodobnie na materiałach dotyczących tras koncertowych Cooke'a. Niestety występy Cooke'a wtedy nie były możliwe, bowiem po zabójstwie prezydenta Johna F. Kennedy'ego, właśnie 22 listopada 1963 r. ogłoszono żałobę w całym kraju i na tydzień odwołano wszystkie imprezy rozrywkowe.
            Niezależnie od trudnej dziś do ustalenia prawdy, wiadome jest to, że to Carl Fisher namówił Jimiego do opuszczenia Nashville i do wyjazdu do Nowego Jorku. To wielkie miasto, na początku 1964 roku, nie jest najbardziej sympatycznym miejscem dla młodego czarnego R&B gitarzysty, który szuka tu możliwości znalezienia drogi do kariery. Wprawdzie segregacja rasowa nie jest tu tak wyraźna, jak na Południu USA, ale czarnemu muzykowi w Nowym Jorku i tak nie jest łatwo. Są, i owszem miejsca, gdzie może poszukać pracy, czy też możliwości prezentacji swoich umiejętności i pomysłów, szczególnie w tej części wyspy Manhattan, którą zwą Harlemem i gdzie koncentruje się życie czarnych.
            ...Przemierzając Manhattan z południa na północ, wychodzimy z Central Parku na Siódmą Aleję lub Lenox Avenue i nagle zauważamy zmianę w wyglądzie przechodniów - pisał James Weldon Johnson, Afro-amerykański, autor, polityk, prawnik i aktywista walki o prawa człowieka - W południowej i środkowej części miasta, widzieliśmy kilku Murzynów, ale po wyjściu z Central Parku widzimy ich wszędzie. Idąc jeszcze dalej na północ, widzimy coraz więcej czarnych. Spacerują, robią zakupy, chodzą na koncerty. W okolicy 135 Ulicy 90% ludzi, z policjantami włącznie, to Murzyni. Jesteśmy w Harlemie - czarnej metropolii...
            Harlem historycznie, to nazwa wzgórz na północ od Nowego Amsterdamu (czyli obecnego Nowego Jorku), poniżej których był płaski i dobry pod uprawy teren. Dziś jest to miejsce na północ od 59th Street, które zamieszkiwali niegdyś Indianie. Holenderski gubernator Peter Stuyvesant w 1658 roku zbudował tam osadę i zmienił nazwę tego obszaru z „Muscoota” (w narzeczu Indian), na „Nieuw Haarlem”, którą Anglicy nazwali później „Harlem”. Uważa się, że była to enklawa dla wyzwolonych Murzynów, ale stało się to dopiero w 1644 roku, zaś wcześniej, w 1626 roku, Holendrzy sprowadzili na teren Nowego Amsterdamu jedenastu murzyńskich niewolników z Angoli, dwa lata później sprowadzono jeszcze dwie kobiety. Po wojnie secesyjnej, Harlem stał się dzielnicą dla lepszych i bogatszych obywateli, tzw. wyższej klasy średniej, osiedlali się tam głównie imigranci z Niemiec i Wielkiej Brytanii, a dzięki istniejącym instytucjom religijnym, edukacyjnym i rozrywkowym stał się dzielnicą modną i elegancką, miejscem zabaw, zawodów sportowych i weekendowych wycieczek. Wzrost cen doprowadził jednak w latach 1904-05 do załamania na rynku nieruchomości. Wtedy na te tereny wkroczyła firma murzyńska Philipa Paytona, która zaczęła za niską cenę wykupywać nieruchomości, a następnie sprzedawać je lub wynajmować czarnej społeczności. Osiedlanie się Murzynów spowodowało kolejny spadek cen, dalszą wyprowadzkę białych i wzrost liczebności ludności kolorowej. Do 1920 roku liczba czarnych mieszkańców podwoiła się do 150 tysięcy, mieszkało tu wtedy więcej Murzynów, niż w innych miastach Północy, nawet w Chicago. W Harlemie działały wtedy także organizacje, które miały na celu poprawę doli czarnych mieszkańców, takie jak: "Narodowe Stowarzyszenie Na Rzecz Postępu Ludności Kolorowej", czy "Urban League" ("Liga Miejska") na West 136th Street 202-206. Harlem był wówczas ściśle obramowaną i określoną ulicami dzielnicą w kształcie prostokąta 1x0,6 kilometra, od zachodu ograniczoną 8th Avenue, od wschodu zaś Lenox Avenue.

poniedziałek, 13 lipca 2020

Nowy Jork - część IV

Od dziś przechodzę do ostatniej, czwartej części pierwszego tomu biografii Jimiego Hendrixa - "Szaman Rocka".

Pod koniec 1963 roku Jimi Hendrix przeniósł się z Nashville do Nowego Jorku.
...Nowy Jork jest najfantastyczniejszym miejscem na tym świecie. W Ameryce jest wszystko. W Nowym Jorku nie ma niczego, dosłownie niczego, czego nie mógłbyś znaleźć. Nowy Jork był stolicą świata.. Nowy Jork był magnesem – przyciągał. Nowy Jork mnie uwiódł, Nowy Jork mnie uformował, Nowy Jork mnie zdeformował, Nowy Jork mnie zdemoralizował, Nowy Jork mnie nawrócił.. Kocham Nowy Jork. Jesteś w Big Apple, mały, tutaj musisz radzić sobie sam!…
            Już te kilka, przytoczonych na poprzedniej karcie opinii artystów rockowych (Johna Lennona, Boba Dylana, Patti Smith i Neila Younga), którzy mieszkali i pracowali w tym mieście, w różnym okresie życia bohatera tej opowieści, czyli Jimiego Hendrixa, wyjaśniają dlaczego kolejny etap jego działalności i egzystencji, przypadł na Nowy Jork, uważany, nie tylko wtedy, całkiem zresztą słusznie, za kulturalną stolicę świata.     
            Nowy Jork – dziś licząca razem z przedmieściami - blisko 20 milionów ludzi, metropolia, powstała w miejscu, które w 1524 roku odkrył Giovanni da Verrazano.  
            W 1609 roku przypłynął tu Anglik Henry Hudson, który wpłynął do zatoki i popłynął w górę rzeki, nazwanej potem jego imieniem, rzeki przepływającej przez dzisiejszy Nowy Jork.
            W 1625 roku wyspę Manhattan, usytuowaną południkowo i mającą kształt wrzeciona, za 24 dolary czyli 60 guldenów odkupili od miejscowych Indian Holendrzy, zakładając miasto Nieuw Amsterdam - Nowy Amsterdam.
            W 1664 roku zdobyli miasto Anglicy i zmienili jego nazwę na New York (Nowy Jork), na cześć księcia Yorku, brata króla Karola II.  I choć odbili je wkrótce Holendrzy, po podpisaniu porozumienia – miasto Nowy Jork stało się ważnym ośrodkiem handlu i centrum kolonii – Nowy Jork.
            Po zdobyciu niepodległości przez Stany Zjednoczone – miasto przez kilka lat było stolicą USA (1785-1790), potem stanu Nowy Jork (w 1797 – stolicą stanu zostało miasto Albany), w 1832 uruchomiono pierwsze tramwaje, w 1881 – podzielono miasto na prostokąty, 28.10.1886 miasto otrzymało od Francji podarunek „Statuę Wolności”.
            W 1898 roku Nowy Jork uzyskał status „Metropolis New York City”, na który złożyło się pięć dotychczasowych miast:
- Manhattan
- Bronx (na północ od Manhattanu)
- Queens (na wschód od Manhattanu, północna część zachodniego cypla Long Island)
- Brooklyn (na południowy wschód od Manhattanu, południowo-zachodnia część cypla Long Island)
- Richmond (na południe od Manhattanu, północny cypel Staten Island).

niedziela, 12 lipca 2020

Flaczkowa Trasa cz. 3

Leon Hendrix, brat bohatera tej książki wspominał - "Chitlin circuit" był to szereg klubów i innych lokali we wschodnich i południowych stanach, w których grywali czarni muzycy. W zespole nadal towarzyszył mu Billy Cox. Aż do końca 1962 wspólnie objeżdżali głębokie Południe. Buster najwyraźniej mieszkał przez jakiś czas w Nashville w stanie Tennessee, gdyż w jednym z listów do domu wspominał, że szybko wyrastają na najlepszą R&B kapelę w mieście... Z kolei jego ojciec Al dodawał - Kiedy Jimi zaczął grać na flaczkowej trasie, wysyłając pocztówki zawsze dawał mi znać, co robi i gdzie jest. Pisał o tym, że nagrał jakieś płyty, ale nie wiedziałem jakie. Pisał, że akompaniował "The Supremes" na płycie, ale jego nazwiska nie wymieniono. Z pewnością jednak był z tego zadowolony, bo "The Supremes" były wtedy dobrze znane... Billy Cox opowiadał - Jimi ruszał w trasę sześć, siedem razy, i za każdym razem umawiał się z liderem grupy, z którą wyjeżdżał. Ale dwa miesiące później dzwonił do mnie i mówił: 'Hej, zostałem sam w St. Louis'. Wysyłałem mu więc pieniądze, aby mógł do Nashville wrócić... Dlaczego to robił? Ano, chociaż dzięki "The King Kasuals", Jimiemu udawało się znaleźć tu i ówdzie pracę i dzięki temu mógł przeżyć jakiś okres, to najczęściej była to jedynie wegetacja. Jedynym więc wyjściem była ucieczka z Nashville i on sam, po latach spędzonych na "Chitlin' Circuit" (1963-5) będzie mógł przyznać, że zna każdy lokal dla czarnej publiczności od Wirginii przez Florydę do Teksasu. ...Nauczyłem się, jak grać zespołowo muzykę R&B. Problem polegał jednak na tym, że wielu szefów nie chciało płacić. Zwalniali cię na środku autostrady, bo zbyt głośno rozmawiałeś w autobusie, albo szef wisiał tobie duże pieniądze...   
            Można przyjąć, że większość czasu między 1962 a 1966 rokiem, to w muzycznej karierze Jimiego to okres - ślepych zaułków i nieudanych prób...25 Jako muzyk do wynajęcia, Hendrix grał z każdym, kto tylko się do niego zgłosił. Czasami byli to muzycy znani i cenieni, odkrywczy. Często zdarzało się, że pracował jako sideman grając na tym samym tournee z więcej, niż jednym artystą. Nawet, kiedy grał z "Isley Brothers", czy Little Richardem, był tylko człowiekiem wynajętym do określonych zadań i dopiero przeprowadzka do Nowego Jorku i spotkanie tam z Curtisem Knightem zmieni rzeczywistość, choć niestety nie na zawsze. Będzie bowiem nadal zmuszany do krótkich wyskoków w trasę z innymi muzykami.
            Wymowne jest to, że istnieją ogromne różnice we wspomnieniach tych, którzy z Jimim Hendrixem wtedy grali, choć niektórzy po latach twierdzili, że od razu rozpoznali talent, z jakim mieli wówczas do czynienia. Gdyby przyjąć to za prawdę, to z perspektywy czasu, stwierdzić należy, że gra Hendrixa na żywo była bardziej zuchwała i rewolucyjna, niż ta, którą w większości przypadków zrealizował w studiach.
            Spytany przez reportera w lutym 1969, jakie korzyści odniósł grając na "trasie flaczkowej" Jimi odparł - Nauczyłem się jak grać razem z innymi R&B oraz czym jest występ przed publicznością... ...W historii bluesa, R&B czy rock'n'rolla żaden gitarzysta nie odniósł sukcesu tylko z tego powodu, że był świetnym instrumentalistą. Najczęściej, albo potrafili śpiewać, albo jak w przypadku Duane Eddy'ego, posłużyli się jakąś "sztuczką" i stali za nimi producenci. W przypadku Eddy'ego był to Lee Hazlewood - zauważył Keith Shadwick - Zresztą popularność Eddy'ego w 1963 roku gwałtownie się obniżyła. Jimi Hendrix usilnie więc szukał sposobu, aby znaleźć rozwiązanie tego swojego problemu, że nie potrafi śpiewać...
            Lata spędzone przez Hendrixa na "Chitlin' Circuit'' nie były dla niego szczęśliwe. Jimi zapamiętał - Pieniędzy nigdy nie widziałem. Widziałem za to wtedy facetów, którzy się starzeli, starając się czegoś dokonać, zarobić parę groszy, grając niezależnie od tego, czy im się to podobało, czy nie... Jedyne, co można uznać na plus to jego ciągła edukacja muzyczna oraz kontakt z czołowymi wykonawcami i legendami soulu oraz R&B.
            Na trasach koncertowych "Chitlin' Circuit" w połowie lat 60., Hendrix nauczył się różnych sztuczek estradowych - jak grać na gitarze zębami, za plecami i nad głową, wbijając instrument w krocze jak potężny fallus, a w czasie riffów wytykać język, obiecując widzom płci żeńskiej cielesne rozkosze. Widzowie w Wielkiej Brytanii nigdy czegoś takiego nie widzieli. Ale na "flaczkowej trasie" było to niemal normalne, to były gesty stosowane przez artystów, którzy chcieli zainteresować publiczność, gesty prowokujące, tak jak cała muzyka R&B, mająca wyraźnie seksualne podteksty. 

sobota, 11 lipca 2020

"Flaczkowa trasa" cz. 2

"Chitlin' Circuit" zaczynała się w Apollo Theater, potem był Howard Theater w Waszyngtonie, i dalej mniej znane sale na prowincji. Chris Thomas King tłumaczył - W takim klubie można było się zabawić, posłuchać muzyki, zatańczyć, poplotkować. Kwitło życie towarzyskie. Dla muzyków było to jednak coś więcej, niż zabawa. Granie zawsze traktowali poważnie... Jak wyglądał koncert w jednym z takich klubów na Południu, w Lithonia Country Club, dwadzieścia mil od Atlanty opisał Sonny Freeman - To jest prawdziwy funk. Klub, a właściwie buda, w połowie pusta, udekorowana jak Club Streamline, wyglądająca jak Stork Club: nagie, drewniane krzesła i stoły, popękana cementowa podłoga i scena, wyłożona bez sensu aluminiową folią, oświetlona przez jedną tylko lampę, publiczność wygląda jakby lubiła bluesa, ale w ogóle nie klaszcze... B.B. King reagował na taką publiczność mówiąc do niej - Wiecie, że my ciężko dla was pracujemy. Czemu nie możecie swoimi rękoma okazać nam, że to doceniacie. To trudne, gdy ludzie nie są z tobą...
                Przede wszystkim jednak czarni artyści występowali w małych miejscowościach, gdzie dostęp do rozrywki i kultury masowej i tak był utrudniony. Wokalistka bluesowa Zora Taylor potwierdzała - Na "Chitlin' Circuit" publiczność stanowili tylko Afro-amerykanie. Czarna publiczność reaguje okrzykami i głośno wyraża swoją opinię...  Dave Holden muzyk z Seattle opowiadał - Wybraliśmy się na "flaczkowa trasę" razem z Jamesem Brownem i Jackiem Wilsonem. Zaczynała się od Apollo Theatre w dół na Florydę i dalej miasta na południu do Houston i Dallas... W tamtym okresie wielkie sale w większych miastach mogły wypełnić tylko największe gwiazdy, choć koncertowały one także na głębokiej amerykańskiej prowincji. Trzeba też wiedzieć, że właścicielami tych sal, dla "czarnych" byli najczęściej biali biznesmeni. Na przykład Apollo Theatre od początku miał dwóch białych właścicieli Leo Brechera i Franka Schiffmana,  nota bene imigrantów z Europy. Brecher był już w latach 20. ub. stulecia nie tylko właścicielem Cotton Club, który nie był zaliczany do "Chitlin' Circuit", ale także menedżerem większości kolorowych talentów w Nowym Jorku. James Brown, przez wiele lat był królem Apollo, lecz mimo to, koncertował w wielu małych miejscach na Południu, czy też w Los Angeles.
            Zatem, najbezpieczniejsza definicja "trasy flaczkowej" obejmowała takie miejsca, jak: wspomniane Apollo w Harlemie, Fox Theater w Detroit, Regal w Chicago, mniejsze kluby: The Rooster Tail i Mr. Kelly's w Detroit, sale na North Broad Street w Pittsburghu, wspomniane już w książce: New Era Dinner Club, Grady’s Dinner Club, Del Morocco oraz Sugarhill Dinner Club w Nashville, a także The Hi Way Inn w Roosevelt w stanie Nowy Jork, gdzie w latach 60. występowali tacy artyści jak: Albert King, duet "Sam & Dave" oraz James Brown. Jak więc widać miejsca nazwane "Chitlin' Circuit", w których odbywały się występy czarnych artystów, znajdowały się nie tylko na Południu Stanów Zjednoczonych, ale też na wschodnim i zachodnim wybrzeżu (Los Angeles, San Francisco, Oakland i dalej na północ), a także w Chicago i na południe od niego, a potem właśnie w kierunku południowym, poprzez Kansas City i Alabamę, Nowy Orlean i Teksas do zatoki Meksykańskiej. Muzyk bluesowy Leon Bibb w dzieciństwie w Cleveland, w stanie Ohio, poznał miejsca gdzie odbywały się występy "Chitlin' Circuit" - To tam były korzenie czarnej  muzyki lat 20 i 30. Także w wielu klubach śródmiejskich. Cedar Avenue pulsowała tą muzyką... Na tej "flaczkowej trasie" istniało wiele utrudnień, na przykład sporo stacji benzynowych wprowadzało zakaz korzystania z toalet przez kolorowych. Jak na ironię, wraz z sukcesem ruchu praw obywatelskich w USA na początku lat 70. XX wieku, przestała istnieć "Chitlin' Circuit".
            Wracając jednak do początków lat 60. tamtego stulecia, chociaż czarni artyści, występowali przede wszystkim w salach przeznaczonych jedynie dla nich, na drodze często spotykały ich różne, zdarzało się, że nawet niebezpieczne przygody. Opowiadała soulowa wokalistka Gladys Knight - Będąc w trasie jeździliśmy kawalkadą. Jeden za drugim. Nagle pojawiła się policja stanowa i zatrzymała nas. Nic w stylu: 'Co robimy?' Tylko - wsiadajcie do aut i jedziecie za nami. Zabrali nas gdzieś do lasu. Był tam domek, daleko od szosy, w głębi lasu. Kazali nam wysiąść z samochodów. Kobiety zamknęli w jednym pokoju. Z tyłu domu były takie komórki. Mężczyznom kazali oddać biżuterię, pieniądze, wszystko i zamknęli ich w tych komórkach. Odbył się sąd kapturowy. Musieliśmy się wykupić. Jakoś nam się udało uciec. Może dlatego, że nas było tak dużo...
            Craig Werner w swojej książce zanotował - Czarni śpiewacy z Północy mieli problemy z dostosowaniem się do stylów muzycznych popularnych na Południu. Motown był wyrafinowany i elegancki, z kolei surowy Soul na Południu miał w sobie więcej energii i emocji. Czarne zespoły z Południa grały inną muzykę - funkową z dęciakami... Potwierdził to Don Nix, saksofonista grupy "Mar-Keys", znanej choćby z przeboju "Last Night"- Wszystkie czarne zespoły miały w składzie instrumenty dęte. Podczas gdy w nagraniach Presley'a brały udział dwie gitary i bas lub coś w tym rodzaju, my mieliśmy baryton, tenor i trąbkę, wszyscy grali rytm i bluesa (czyli R&B)... Zespoły na Południu musiały grać przede wszystkim do tańca, tak jak wspominał Billy Cox - Musieliśmy być wszechstronni, ale dla naszej publiczności liczył się przede wszystkim rytm...


piątek, 10 lipca 2020

Chitlin' Circuit - co to było

...Wędrowałem. Grałem z różnymi grupami od Nashville, po Los Angeles, Indianapolis i Florydę...
            Od 1963 przez następne dwa lata Jimi spędzi wiele miesięcy na trasie zwanej "Chitlin' Circuit", czyli "flaczkowej". Nazwa tej trasy, a właściwie ciągu lokali, w których odbywały się występy dla czarnej publiczności, brała się z jedzenia, które na niej oferowano, a były to głównie flaczki wieprzowe (wołowe ?) i inne mięsne odpadki. Flaczki, należały do najtańszego rodzaju mięsa, były więc częścią pożywienia czarnej społeczności na Południu Stanów. W czasach niewolnictwa flaczki często dla ubogich były jedynym mięsem, uwięzieni czarni przecież nie mogli zdobyć innego jedzenia. "Chitlins", tak nazywano tę potrawę w gwarze na Południu, jak twierdzą autorzy "kucharskich książek" na terenach Konfederacji, to były mocno gotowane i smażone jelita wieprzowe (czy raczej wołowe). Dziennikarz Phil Tajitsu Nash sugerował, że termin ten "ukuł" Quincy Jones, nawiązując do życia Afro-amerykanów występujących w latach 40. i 50. ub. stulecia, a historyk Irwin Richman odniósł to do analogicznych zwyczajów żydowskich muzyków na całym świecie. Aby przyrządzić ten specjał, trzeba było stać nad kuchnią z pięć godzin, albo i więcej, więc kiedy babcia Jimiego, Nora Hendrix je gotowała, zgłodniali sąsiedzi już gromadzili się wokół stołu... Poprzez staranne czyszczenie i moczenie oraz powolne gotowanie, wydzielające smrodliwą woń, odpowiednio przyprawione mięso, po kilku godzinach stawało się smaczne, choć nieprzyjemny zapach wciąż się utrzymywał. Wraz z końcem niewolnictwa, mimo działania prawa Jima Crowa i bardziej jawnych form ucisku "Czarnych", flaczki praktycznie zniknęły z menu dbających o renomę restauracji i barów w czarnych dzielnicach, pozostały jednak daniem dla uboższych mieszkańców i w lokalach uznanych za mniej zacne. W takich jadłodajniach obok flaczków podawano także inne tradycyjne, miejscowe potrawy, czyli makaron z serem, gotowany czarny groch, czerwoną fasolę z ryżem, smażone ryby i kurczaki.
            Nazwa "Chitlin' Circuit" stała się również terminem używanym symbolicznie wskazując na kiepskie raczej warunki dostępności do wielkiej czarnej muzyki. Brytyjscy muzycy rockowi, często bluesowi entuzjaści, którzy w połowie lat 60. ub. stulecia nie tylko koncertowali na Południu USA, lecz starali się tam poznać warunki życia ich muzycznych idoli, byli zszokowani ubóstwem życia i obskurnością miejsc, w których oni żyli. Soulowa piosenkarka Martha High wspominała - Istniała sieć zwykłych lokali na Południu, które zwykle były nieprzewidywalne. "Chitlin' Circuit" to były lokale tylko dla czarnych...
            Czarni muzycy soul, R&B, czy rock'n'rollowi występowali często w miejscach, których nie można było znaleźć na mapie, a drogę przemierzali autobusami. W latach trzydziestych XX wieku, organizowała je TOBA (Theatre Owner’s Booking Association), tak samo było również trzydzieści lat później, kiedy nazwę TOBA tłumaczono jako "tough on black asses" ("befsztyk dla czarnych osłów"), gdyż wykonawcy mogli spać tylko w domach czarnych fanów lub w autobusach, większość hoteli, zamykała przed nimi swoje podwoje i przez lata nic się w tej materii nie zmieniało. Mimo to, popularny już wtedy B.B. King uważał nazwę "Chitlin' Circuit" za obraźliwą, nawet wiele lat później mówił  - Nadal gram w wielu tych miejscach i choć niektóre są dość obskurne, będę tam wciąż występował... Dyrektor Apollo Theatre Brian Davis opowiadał, że ta, tak zwana "flaczkowa trasa" - obejmowała sieć domów, mieszkań, stodół i starych szop - muzycy, śpiewacy, tancerze i komicy występowali w tych miejscach, w czasach depresji, aby zebrać pieniądze dla cierpiących głód czarnych rodzin. Gospodarz przygotowywał dla wszystkich, artystów i gości duży garnek flaków... Bobby Rush uzupełniał - "Flaczkowa trasa" to po prostu każde miejsce, w którym grano dla tylko czarnej publiczności. Mógł to być zajazd, bar z grillem, sala bilardowa, czy knajpa...

czwartek, 9 lipca 2020

Jimi Hendrix opuszcza Billy'ego Coxa i Nashville.

W przełomowym dla niego, 1963 roku Jimi Hendrix podróżował sporo po Ameryce, ale zawsze wracał w Nashville. Mówił przyjaciołom i znajomym, że po to, aby naładować swoje baterie. Ale nigdy nie pozostawał w mieście zbyt długo. Na trasach koncertowych, w których towarzyszył bardzo różnym artystom, odłączał się aż pięć razy, bo szukał wtedy swego przeznaczenia. Jakoś pewnie wiedział, że przeznaczenie go nie ominie, starał się jednak wszystko przyśpieszyć. Opowiadał później - Mieliśmy zespół w Nashville, w stanie Tennessee, miałem już jednak dosyć z nim grania, bo oni nie chcieli niczego zmienić i nigdzie się nie ruszyć. Więc zacząłem podróżować i udałem się do Nowego Jorku...
            Również po roku grania Del Morocco decyduje się opuścić Billy Cox - Nie dawali nam żadnej podwyżki. Mówili zawsze: 'Mamy tu wielu facetów, którzy szukają pracy.' Byliśmy na ich łasce. Winni byli nam pieniądze. Byliśmy kolegami, więc postanowiliśmy razem, że nie damy się pogrążyć i odejdziemy... Kiedy "Uncle" Teddy dowiaduje się, że Cox i Jimi chcą go opuścić, każe się im natychmiast wynosić z pokoju na górze Joyce’s House of Glamour. Johnny Jones idzie ich odwiedzić i widzi Jimiego leżącego na podłodze na kilku rozrzuconych rzeczach. Teddy Acklen Jr wspominał Jimi i Billy powiedzieli mojemu staremu, że zamierzają go opuścić, pójść gdzie indziej i tam grać. Myślę, że dostali lepszą ofertę. Mój ojciec był właścicielem ich instrumentów, ale oni zawsze je zastawiali w lombardzie. Zawsze go denerwowało, gdy mieli wyjechać na występy poza miasto i chcieli je ze sobą wziąć. Zatem kiedy ostatni raz Jimi opuścił Nashville, ojciec zatrzymał jego instrument...
            Teddy wychował się wśród muzyków, jako syn człowieka znanego w środowisku, jako "Wujek Teddy", który był właścicielem Del Morocco. "Młody Teddy" teraz człowiek w średnim wieku - zapisała po spotkaniu z nim Sharon Lawrence - był zaangażowany, zabawny i interesujący. Kiedy popołudniowy koncert w tamtym klubie zbliżał się do końca, odwrócił się do publiczności, mówiąc: 'Jimi Hendrix był bardzo dobrym człowiekiem'... Billy Cox wspominał te wspólne z Hendrixem chwile w Nashville a zwłaszcza jego wyjazdy z innymi muzykami - Dwa tygodnie później zadzwonił do mnie: 'Utknąłem w St. Louis'. Wysłałem mu 25 dolców, żeby mógł wrócić. I robił to kilka razy. Potem pojechał z Isley Brothers, a zakończył wszystko w Nowym Jorku...
            W marcu 2004 roku w Nashville, przy okazji wręczenia nagród "Country Music Hall of Fame", otwarto wystawę “Night Train to Nashville: Music City R&B 1945-1970”. Inaugurowało ją nagranie Cecila Ganta, który w 1946 roku śpiewał, że Nashville naprawdę "skacze". W mieście uchodzącym za stolicę muzyki country, było to pierwsze nagranie w stylu R&B, stylu, który dynamicznie się rozwijał w całej Ameryce, oczywiście również w Nashville. Zaś w następnych kilkunastu latach w mieście, gdzie mieszkało wielu Afro-amerykanów, tacy wykonawcy jak Little Richard, czy Jimi Hendrix spędzili mnóstwo godzin, występując w tamtejszych nocnych klubach, zaś radiostacja WLAC na cały kraj nadawała  muzykę, która z powodu segregacji, gdzie indziej była ledwo słyszana. Zatem na tej wystawie, pokazując historię "czarnej" muzyki w Nashville, zaprezentowano m.in. film z występu Jimiego Hendrixa w programie telewizyjnym Night Train, który o pięć lat  wyprzedził emitowany później w Chicago Soul Train.
            Ten rzadki film udostępnił wtedy Frank Howard, który z Jimim w tym czasie współpracował. Wśród eksponatów znalazły się również, zamieszczona w gazecie reklama Jolly Roger jednego z nocnych klubów na Printers Alley, w której można było przeczytać: 'W Jolly Roger (występują) m.in. Billy Cox i "The Sandpipers" oraz Jimmy Hendrix i jego Magiczna Gitara'... Michael Gray, kurator tej wystawy przyznał, że pewien długoletni mieszkaniec Nashville (Billy Cox), bardzo ją popiera i użyczył wiele swoich pamiątek, w tym stary model wzmacniacza Gibson, na którym grał wówczas z Hendrixem, a jeden z przyjaciół Coxa wspomniał wtedy, że to nie muzyka - Harley'e są dziś pasją numer jeden Billy'ego...
            Wśród osób, które wzięły też udział w przygotowaniu wystawy ukazującej historię "czarnej" muzyki w Nashville był moderator radiowych programów Ed Salamon, który jako czternastoletni dzieciak widział Jimiego z "Isley Brothers", a także biorący udział w panelu dyskusyjnym: Johnny Jones, Frank Howard, George Yates, Marion James, Billy Cox i Teddy Acklin Jr.
            ...Wszyscy - podkreśliła Sharon Lawrence, która tę wystawę odwiedziła i o niej napisała - byli wyraźnie z niej dumni... Przypomnienie muzycznych korzeni było dla nich bardzo ważne, przyznali to, serdecznie dziękując publicznie wspomnianemu Michaelowi Gray'owi. Johnny Jones, przedstawiony jako najlepszy R&B gitarzysta tamtych lat w Nashville, który nagrywał i występował z Juniorem Wellsem i Freddiem Kingiem w Chicago, wystąpił na otwarciu wystawy i wspominał Jimiego, przypominając, że nie tylko jego gra, ale też sposób mówienia, był wtedy odmienny od języka mieszkańców miasta. George Yates, zapowiedziany przez Salamona jako 'facet, który grał także na leworęcznej gitarze, a do tego również szarpał struny zębami' wspomniał, że po raz pierwszy spotkał Coxa i Hendrixa w New Era Club oraz w Twelfth i Charlotte w 1963 roku.
            Teraz, w marcu 2004 roku, na spotkaniu przy okazji wystawy “Night Train to Nashville: Music City R&B 1945-1970” George Yates opowiadał - Wszyscy wtedy staraliśmy się grać najlepiej, jak tylko umieliśmy, nie patrząc na pieniądze, chcieliśmy tworzyć dobrą muzykę. A że ludzie przede wszystkim chcieli podziwiać show, więc robiłem różne sztuczki z gitarą, grałem ponad głową, między nogami, trzymając ją na plecach. Nie było to najlepsze, ale ludzie chcieli to oglądać, dostawaliśmy za to dolara. My, gitarzyści z Luizjany tak to robiliśmy. Pierwszym, u którego zobaczyłem te sztuczki był Arthur Porter, którego nazywaliśmy Agie. Grał z Hankiem Ballardem i "The Midnighters". Kiedy poznałem Jimiego, on się też tego nauczył. Jimi wtedy nie grał na gitarze leworęcznej, sam przekładał struny w swoim Fenderze Stratocasterze. Mógł też grać na modelu Telecaster. On był wtedy człowiekiem Fendera. Zawsze chciał dać dobre widowisko. Był na siebie wściekły, kiedy mu coś nie wyszło. Gdy stał się sławny i usłyszałem jego wersję "All Along The Watchtower" powiedziałem sobie: 'To jest prawdziwy Jimi Hendrix. Ta linie melodyczna, te dźwięki'. Kiedy usłyszałem, że nie żyje, pomyślałem, że stało się tak, bo już więcej nic nie mógł zrobić...



środa, 8 lipca 2020

Listopad 1963

Ówczesna trasa z Curtisem Mayfieldem miała jednak nie tylko blaski, ale również cienie - a dokładniej jeden, jedyny cień - zarobki. Robert Fisher wspominał -  Larry Lee, jako wybrany przez muzyków starszy grupy, przyszedł do mnie z żądaniem podwyżki, twierdząc, że to zależy tylko ode mnie. Odpowiedziałem mu, żeby przypomniał sobie, ilu jest w Nashville bezrobotnych gitarzystów... Po tej rozmowie Fisher postanawia wyrzucić Larry'ego i wtedy wstawia się za nim Jimi, mówiąc, że jest on najważniejszym muzykiem grupy "The Bonnevilles", a poza tym uczy się w koledżu, dodaje - te pieniądze są mu potrzebne na opłacenie czesnego... Robert Fisher dodawał - Napomknął mi, że sam myśli o tym, żeby opuścić grupę. Byłem zaskoczony, Jimi był w zespole bardzo istotnym muzykiem. Miałem związane z nim swoje plany, powiedziałem mu więc, żeby został głównym wokalistą, ale on miał zupełnie inną wizję. Dodał, że ma kilka własnych utworów i chciałby je nagrać...
            Fisher oblicza, że to nagranie może przynieść mu pieniądze, no i w ten sposób zapewne przytrzyma Hendrixa, więc zabiera go ze sobą do małego studia Fidelity Recording na Broadway Street w śródmieściu Nashville, w pobliżu sławnej sali Ryman Auditorium, skąd transmitowano wspominany już program Grand Ole Opry. Wtedy „The Bonnevilles”, w składzie: Robert Fisher (key), Jimi Hendrix (g), Larry Lee (g), Isaac MacKay (dr), Harrison Callaway (tp), Aaron "Heinz Ketschup" Varnell (sax) oraz nieznany basista, nagrywają cztery utwory demo, w tym: "Snuff Dripper" i "Ouch". Nagrania tak dobrze brzmią, że Fisher zabiera taśmę do "Hossa" Allena, ale on, choć chwali zespół "The Bonnevilles", nie jest zainteresowany produkcją płyty. Jimi ma więc wolną rękę i odchodzi. Billy Cox w Guitar Player we wrześniu 1987 roku przyznał -  Kiedy trasa dobiegała końca, Jimi trafił z powrotem w Nashville, ale coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że musi wyostrzyć swoją grę, aby jeszcze bardziej wyróżnić się z tłumu... Cały więc czas pracował, rozwijał się technicznie i pracował nad własnym brzmieniem, coraz bardziej też odróżniał się od swoich, mieszkających w Nashville kolegów muzyków, dojrzewając do decyzji pójścia swoją drogą.
            Opowiadał Johnny Jones - (Jimi) palił trochę zielsko, jak niektórzy wtedy z nas też robili i popijał syrop na kaszel. Myślę jednak, że Jimi nie mógł długo grać tych R&B kawałków, było mu za ciasno, grać stale te same riffy. Nie miał szans rozwijać się dalej tu w Nashhville, było mu po prostu tutaj za duszno... Hendrix sam to wyjaśnił w kwietniu 1968 roku w magazynie Downbeat - To wszystko strasznie mnie nudziło, a jeśli nudzi ciebie muzyka, to musisz coś zmienić. Dokładniej, kocham bluesa, kocham utwory Howlin' Wolfa i Otisa Rusha, ale robiło mi się niedobrze, gdy miałem grać te same kawałki przez całą noc...
            Wspominał Frank Howard – Większość publiczności nie była jeszcze przygotowana na indywidualny styl Jimiego. Wtedy grano prostego R&B, a kiedy on dodawał do tych utworów swoje wysokie nuty, spoglądałem na niego, mówiąc: 'Zostań przy temacie'. Ludzie zaś rzucali w niego resztkami z drinków: kostkami lodu i kawałkami cytryn... Howard nie raz widział, jak skandalicznie zachowywał się Hendrix, zmieniając wykonywane tematy - Odwracał się i robił sprzężenia na gitarze. Wykonywaliśmy standardowo “Shout”, a on dokładał do tego kilka szaleńczych zagrywek. Nie było to dobre, a wręcz złe. Raz nawet powiedziałem właścicielowi, Wujkowi Teddy, żeby zwrócił mu uwagę, aby Jimi grał na gitarze za plecami i szarpał struny zębami tylko w trakcie jego solowego występu, a nie gdy grał razem z nami...
            27 listopada 1963 roku Jimi obchodzi 21 urodziny. Pięć dni wcześniej zastrzelono prezydenta Johna F. Kennedy'ego. ...Ot tak po prostu odszedł wielki człowiek, zawsze go podziwiałem, był dla mnie wyjątkowy - opowiadał Hendrix - Płakałem po jego śmierci, a trochę też dlatego, że byłem bankrutem. Na nic nie liczyłem. Kennedy urodził się dla wielkich spraw, ja niczego nie dokonałem. Musiałem więc coś z tym zrobić...

            Na przełomie listopada i grudnia tamtego roku, do Nashville przybywa Carl Fisher, promotor współpracujący z Henry’m Wynnem i jego agencją Supersonic Attractions. Jimi znowu wrócił do Nashville i razem z Larrym Lee gra tym razem w klubie Baron, przy Jefferson Street. Nowy promotor uważnie przygląda się jego występowi i komplementuje jego grę, dodając, że w Nowym Jorku na pewno mógłby karierę i zarobić wielkie pieniądze. Wspominał Larry Lee - Był gejem, to było od razu widać. Powiedział Jimiemu, że widział jak gra i może mu zapewnić karierę w Nowym Jorki, tam zdobędzie mnóstwo forsy... Tym samym Carl Fisher uderza w czuły punkt Hendrixa, który marzy o tym, aby zarabiać na życie grą na gitarze. Niestety, jako początkujący muzyk cały czas ma niewielkie szanse na realizację swoich planów i mimo, że bardzo szybko się rozwija, granie tu w Nashville nie rokuje zbyt wiele. Uzasadnił to Billy Cox Jimi musiał wykonać jakiś ruch, by zostać gwiazdą. Myślę, że podpowiadała mu to intuicja. Wiedział, że ktoś go odkryje i czuł, że jego najlepszą szansą jest wyjazd do Nowego Jorku... Larry Lee dodawał - Jimiemu było wszystko jedno, chciał się stąd wyrwać, więc ten facet bez trudu namówił go na wyjazd w swoje strony. Przekonywał, że Nowy Jork jest dużym miastem i można tam znaleźć wiele okazji. Wiedziałem, że wcale nie jest tam tak łatwo, niestety Jimi był łatwowierny...    
            Spoglądając na płatki śniegu padającego w Nashville, zachęcony przez tego nowego promotora Hendrix pomyślał – Wreszcie nadszedł mój czas. Mieliśmy zespół w Nashville, Tennessee, ale byłem zniechęcony, bo nie mogliśmy grać tam, gdzie chcieliśmy. Więc się stamtąd wyrwałem do Nowego Jorku... Jednak sam nie chce jechać, więc próbuje namówić do wyjazdu Larry’ego Lee. On jeszcze się uczy, poza tym jego rodzice nie zgadzają się na wyjazd. Jimi obiecuje, że wróci do Nashville, kiedy już będzie sławny i bogaty. Larry wspomniał – On nigdy nie powiedział 'jeśli', a właśnie 'kiedy'. Gdy już stamtąd do mnie napisał, byłem mocno przerażony, a zobaczyłem go dopiero, kiedy był w trasie z Little Richardem... Przyjaciela tłumaczył także Billy Cox - Jimi szukał po prostu możliwości ucieczki stąd i dążył do zdobycia sławy. Myślę, że intuicyjnie wiedział, że tam będzie super. Tutaj odkryto go, ale on poczuł, że jego najlepszą okazją jest wyjazd do Nowym Jorku... Ponownie oddaję głos Larry'emu Lee - Jimi zawsze miał wielkie marzenia i zawsze mówił, że będzie sławny i ma tysiąc pomysłów, już wtedy miał też kilka piosenek, ale ich nie zachował. Było zimno, nie miał płaszcza, więc powiedziałem mu, aby wziął jeden z moich. Potem napisał jeden list z Nowego Jorku, zapytał: 'Czy bym tam nie przyjechał. Nowy Jork to duże miasto w tym kraju i możemy je zdobyć, człowieku'. Wiedziałem jednak, że w Nowym Jorku to nie może być takie proste...