środa, 25 marca 2020

Część 2 - Tom I Część I Seattle Rozdział 1


Poniżej ciąg dalszy pierwszego rozdziału, pierwszej części, pierwszego tomu książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka", pierwszej i jak na razie jedynej polskiej biografii gitarzysty wszech czasów.

(Norze i Rossowi) Hendrixom urodziło się czworo dzieci: Leon Marshall w 1913, Patrycja w 1914, Frank w 1918, a 10 czerwca 1919 roku na świat przyszedł James Allen Ross Hendrix, nazywany przez matkę „Allie”, przyszły ojciec Jimiego Hendrixa, który wyjaśniał - Imię Allen było po rodzinie mojej babci, pani Willliams, Ross to na pamiątkę po ojcu. I chociaż na pierwsze imię miałem James, wszyscy mówili na mnie Al lub Allen. Kiedy spytałem mamę dlaczego, odparła, że nasi sąsiedzi, państwo Clark, mieli syna Jimmy'ego, nie chciano więc nas pomylić... Rodzina Hendrixów mieszkała w Vancouver w Strathcona, gdzie głównie osiedlali się emigranci, ale dzielnica - była również centrum nielegalnego wyrobu alkoholu i prostytucji, zwanym przez miejscowych "milą kwadratową grzechu"... Rodzice zaciągnęli kredyt w banku na kupno niewielkiego domku przy ulicy Triumph pod numerem 2225, blisko zatoki, którą zresztą widać było z okien; w nich zawsze stały doniczki z kwiatami. Zimą dom opalany był przez piec na drewno.
            ...Urodziłem się i dorastałem Vancouver, jako najmłodsze dziecko - wspominał Al - Moja siostra miała na imię Patrycja, moimi braćmi byli Leon Marshall i Frank, który później ożenił się z Pearl. Miał z nią syna i córkę... Chcąc utrzymać sześcioosobową rodzinę, Ross Hendrix pracował całymi dniami, jak wspominał Al - Wstawał koło siódmej rano, wszyscy całowaliśmy go na pożegnanie, a potem, do wieczora, do siódmej lub ósmej, czekaliśmy na jego powrót i razem jedliśmy kolację... Nie pamiętam, by mój tata pił alkohol, za to moja mama lubiła czasem wypić wino, które sama robiła w wielkim garnku w kuchni, przyprawiając je mniszkiem lekarskim. To były czasy prohibicji i przez granicę przemycano alkohol do USA...
            W chwili urodzenia Al miał podobno po sześć palców u obu rąk, co jego matka uznawała za złą wróżbę. Lekarz obciął więc niemowlakowi te dodatkowe palce, które później odrosły, choć już jedynie w szczątkowej postaci. ...Al czasami straszył kolegów Jimiego, pokazując im swoje dodatkowe niewykształcone palce, w których widać było nawet małe paznokcie  - zanotował Charles Cross.
            W 1932 zmarł Leon najstarszy syn Nory i Rossa Hendrixów.  ...Był bardzo utalentowany. Ojciec dawał mu lekcje gry na skrzypcach i fortepianie. Ja też trochę brzdąkałem na fortepianie, ze słuchu. Matka i siostra także grały. W domu zawsze otaczała nas muzyka, dużo śpiewaliśmy, matka miała piękny głos. Nie mieliśmy odbiornika radiowego ani, co oczywiste, telewizora. Chciałem chodzić na lekcje muzyki, ale Leon był pierworodnym synem, oczkiem w głowie mojego ojca, więc to on dostał tę szansę – wspominał ojciec Jimiego – Chciałem także uczyć się grać na gitarze, lecz miałem zbyt duże palce, no a poza tym nie mieliśmy gitary... Al opowiadał, że muzyka zawsze istniała w ich domu - Około Bożego Narodzenia słuchaliśmy chórów śpiewających kolędy w domach towarowych, a w domu śpiewaliśmy "Swing Low, Sweet Chariot" i inne spiritualsy (czyli pieśni religijne - przyp. aut.). Tata śpiewał w chórze kościelnym. Nawet nie wiem, czy był barytonem czy tenorem, bo nigdy nie słyszałem, jak w domu śpiewa sam... W domu był gramofon i sterta płyt na 78 obrotów, które kupowali rodzice i Leon, wśród nich, jak zapamiętał Al, były m.in.  “I’ll Be Glad When You’re Dead, You Rascal You” Louisa Armstronga, "Lone Ranger Theme", trochę klasyki i sporo płyt bluesowych - Leon często przy nich śpiewał razem z mamą, która mówiła do niego: 'Zagraj mi tę starą bluesową piosenkę'... Stało się więc naturalne, że Al również został fanem bluesa.
            …Murzyni stworzyli bluesa, bo próbowali – lecz nie powiodło im się – naśladować muzykę europejską. Początki jazzu można wywieść z zakończenia wojny secesyjnej, gdy rozpuszczono armię konfederatów. Po wsiach pełno było wtedy instrumentów porzuconych przez orkiestry konfederackie: trąbek, puzonów i klarnetów, które stały się instrumentami jazzowymi. Murzyni z Południa zebrali je i usiłowali grać muzykę europejską, ale nie udawało im się tego zrobić jak należy. Brakowało im wykształcenia i swój sposób gry zawdzięczali samodzielnym próbom opanowania sztuki gry na tych instrumentach. Kiedy zaczęli tworzyć swoje małe zespoły, starali się uzyskać brzmienie, jakie znali i słyszeli w wykonaniu orkiestr wojskowych, ale nie potrafili go osiągnąć. Dlatego początkowo biali ludzie nie chcieli słuchać jazzu – ich uszy były przyzwyczajone do czegoś innego...
            Jeden z sąsiadów Hendrixów w Vancouver, stary pan Simms, grał na gitarze. ..Wujek Joe i jego partner, pan Fuller, grali na skrzypcach - opowiadał Al - Spotykali się czasem z panem Simmsem, aby razem pomuzykować... Na skrzypcach grał też Leon, który, jak dodawał Al - Miał duże dłonie i długie, delikatne palce. Takie same miał Jimi. W domu było też pianino, mama trochę grała. Leon też, i był w tym bardzo dobry, ponieważ ojciec opłacał nauczyciela dla niego i dla siostry. Leon czytał nuty i miał własny styl, przypominał boogie-woogie.... W biografii Jimiego, David Henderson twierdził, że w latach dwudziestych XX wieku, Leon grał jazz, był też doskonałym tancerzem, bardzo popularnym wśród miejscowych dziewcząt. …Kiedy zmarł Leon byłem zrozpaczony – uzupełniał Al, pewnie nie tylko dlatego, że stracił ukochanego brata, z którym wiele go łączyło, ale też z powodu okoliczności jego zgonu. Leon cierpiał na bóle brzucha, domowa kuracja przy pomocy oleju rycynowego, okazała się nieskuteczna, a wręcz mu zaszkodziła, bowiem kiedy wreszcie wezwano lekarza, rozpoznał on przyczynę bólu, zapalenie otrzewnej spowodowane perforacją wyrostka robaczkowego. Niestety na pomoc było już za późno. Leon zmarł w drodze do szpitala.          
            Pierwsza śmierć w rodzinie Hendrixów, mocno odbiła się na zdrowiu seniora rodu. Bertran Ross Hendrix zmarł dwa lata później. W Leonie pokładał wielkie nadzieje, nic więc dziwnego, że - jego serce nie wytrzymało - wspominał Al, który właśnie wtedy zakończył swoją edukację, na siódmej klasie szkoły powszechnej. Był raczej gościem w szkole, niż sumiennym uczniem, chociaż zdawał sobie sprawę, że bez wykształcenia jego szanse na znalezienie dobrej pracy są znikome. ...Nauka - jak twierdził po latach - nie wchodziła mi do głowy...
            Po śmierci męża Nora nie dała rady utrzymać trójki dzieci, każde z nich więc próbowało jej pomóc i cokolwiek dorobić. Dzieciaki z okolicy zbierały butelki po piwie i mleku i zanosiły do punktu skupu. ...Mój starszy brat nauczył mnie jak przy pomocy magnesu zbierać metalowe rzeczy, a także mosiądz, aluminium i miedź - opowiadał Al - Zbieraliśmy też drewno na opał... Jednak to wszystko na wiele się nie zdało i rodzina Hendrixów znalazła się na skraju ubóstwa, została wiec objęta zasiłkiem socjalnym. ...Musieliśmy sprzedać pianino - zapamiętał Al. Przepadł też dom nad zatoką, matki nie stać było na płacenie miesięcznie rat w wysokości tysiąca dolarów. Trzeba było przeprowadzić się do rudery przy East Georgia Street 827. Al opowiadał, że wtedy jego matka - Wyszła za mąż za jakiegoś czarnego faceta, nie pamiętam jak się nazywał… (nazywał się podobno Monroe - przyp. aut.) i pracowała w pralni, w kuchennej restauracji, przyrządzając sałatki i kurczaki. 


Jutro następny fragment. Zapraszam. 



wtorek, 24 marca 2020

Szaman Rocka - Tom 1 Część I Rozdział 1: przodkowie Jimiego Hendrixa


Dzisiaj następny odcinek pierwszego tomu książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka" - jedynej polskiej biografii gitarzysty wszech czasów. Tom pierwszy składa się z czterech części. Pierwsza z nich - nazwana Seattle, opisuje historię rodziców Jimiego: ojca Ala i matki Lucille (także w Vancouver, w Kanadzie, skąd Al Hendrix pochodził i gdzie została jego matka, babcia Jimiego) oraz obejmuje czasy dzieciństwa, młodości, pierwszych fascynacji małego chłopaka muzyką odbieranej przy pomocy fal radiowych i z gramofonu ojca a także pierwszych prób gry na gitarze, występów w kilku miejscowych zespołach aż do wyjazdu z rodzinnego miasta do wojska.
A zatem pierwszy fragment pierwszego rozdziału, o przodkach Jimiego Hendrixa i Vancouver. Zapraszam do przeczytania.


Po oszałamiającym debiucie w Wielkiej Brytanii jesienią 1966 roku, Jimiego Hendrixa nazwano z emfazą, może nieco żartobliwie, na pewno też z rasistowskim odcieniem „Człowiekiem z Borneo”, „Dzikusem Popu” bądź „Szamanem Rocka”. Wówczas też, niektóre brytyjskie gazety pisały jego imię jako „Jim”, zaś nazwisko jako „Hendrick”. Co do imienia, to był ewidentny błąd, co zaś do nazwiska, pewnie był to przypadek, gdyż trudno podejrzewać, żeby dziennikarze znali wtedy prawdziwą historię Jimiego. Tak na marginesie, pracując nad tą jego biografią, starając się zweryfikować wiele faktów, wyprostować sporo mitów i legend, korzystając z tysięcy stron zapisanych w książkach i magazynach, wypowiedzianych w materiałach wizyjnych i materiałach audio, nie raz miałem wątpliwości, czy tę prawdziwą historię Jimiego Hendrixa ktoś kiedykolwiek naprawdę pozna? Sam Jimi często bowiem zmieniał opowieści dotyczące rodziny i swego dzieciństwa, a różni autorzy jego bardzo różnych zresztą biografii, starali się fakty powszechnie znane i dostępne zmieszać z historyjkami mniej lub bardziej prawdopodobnymi, czy jednak prawdziwymi. Wątpliwości istnieją, choć starałem się jak najbardziej je rozwikłać. 
            Powracając zaś do nazwiska Hendrick (lub Hendricks). Podobno takiej pisowni używała w dalekiej przeszłości jego rodzina, dopóki dziadek ze strony ojca, Bertran Philander Ross Hendrick, w 1912 roku nie skrócił nazwiska na Hendrix. …Niewiele wiem o rodzinie ojca – zanotował Al Hendrix, ojciec Jimiego – Wiem tylko, że urodził się w Urbana City, małej miejscowości w stanie Ohio, gdzie  mieszkało sporo Hendrixów, cały klan. Miałem w wojsku kolegę, który stamtąd pochodził. Trudno było znaleźć na mapie to miejsce. Ojciec był tam żonaty, ale nie wiem, czy się rozwiedli. Pamiętam, jak opowiadał, że był policjantem w Chicago...
            Jak wynika z przechowywanych długo w rodzinnym domu dokumentów rodzinnych, z których korzystał Tony Brown pisząc swoją "Jimi Hendrix. A Visual Documentary – His Life, Loves And Music”, w której sięgnął do jego przodków, aż do wieku XVIII,  dziadek Jimiego, czyli wspomniany Bertran Philander Ross Hendrick, przyszedł na świat we wtorek 11 kwietnia 1866, czyli rok po zakończeniu wojny secesyjnej. Jego matka, Fanny (ur. 1852), Indianka czystej krwi z plemienia Czirokezów, zamężna z Jeffersonem Hendricksem, była służącą u Bertrana Philandera Rossa, bogatego właściciela ziemskiego (jego majątek w 1870 roku wyceniano na 135 tysięcy dolarów). Jak przypuszczają niektórzy biografowie Jimiego, Fanny Moore została prawdopodobnie uwiedziona lub zgwałcona przez swego pana. W Urbana City wszyscy wiedzieli kto jest ojcem dziecka. Fanny, albo chciała się zemścić, albo to jeszcze podkreślić - w nadziei, że ten będzie łożył na dziecko, co jednak nigdy nie nastąpiło... dała więc synowi imiona po białym swoim byłym właścicielu. Fanny miała wtedy prawie 40 lat i syna wychowywała samotnie, klepiąc biedę, gdyż mimo, że po dziewiątym kwietnia 1865 r., po zakończeniu wojny secesyjnej, rząd federalny zniósł niewolnictwo i wyzwolonym Murzynom obiecał przydział 10 akrów ziemi na własność, sytuacja "czarnych", wcale się nie poprawiła. Byli niewolnicy, albo pozostali na tamtych terenach i pracowali za grosze, albo też uciekali na północ.
            W stanach południowych segregację rasową podtrzymywał Ku Klux Klan. Organizacja założona w 1865 roku w mieście Pulaski przez sześciu weteranów armii Konfederatów miała pierwotnie pomagać wdowom oraz sierotom po zabitych w wojnie domowej żołnierzach Południa. Z roku na rok Ku Klux Klan rósł w siłę i w 1869 roku mając ponad pół miliona członków, skupił się na zatrzymaniu na Południu byłych niewolników, terrorem zmuszając ich do posłuszeństwa. Wprowadzone prawa Jima Crowa (od tytułu piosenki "Jump Jim Crow" prezentowanej w programach minstreli przez białego showmana Thomasa D. Rice'a), miały za zadanie nie tylko ograniczenie praw byłych murzyńskich niewolników, ale też pogłębianie separacji między białą, a czarną ludnością na Południu USA. Ohio, formalnie należało do związku dziewiętnastu stanów północnych, czyli Unii, ale i tam przez kolejne dziesiątki lat panowała segregacja rasowa. Ross Hendrick, był w młodości świadkiem linczu, skorzystał więc z najbliższej okazji, aby jak najdalej uciec - na północ. ...Gdzieś po drodze się ożenił - zanotował Harry Shapiro - a w Chicago znalazł pracę jako policjant... Któregoś dnia po służbie wszedł na przedstawienie do jednego z miejscowych teatrzyków. Wystawiano tam murzyński musical „Darktown Follies”, znany choćby z pieśni „Ballin’ the Jack”. ...Szefem zespołu był pan Cohen - opowiadał Al Hendrix - podróżowali z miasta do miasta, przedstawiając  skecze i fragmenty "Chorus Line", takie sobie zwykłe czarne rozrywki... (Niektórzy biografowie podają, i to mimo zaprzeczeń Ala Hendrixa, że babka Jimiego brała udział w przedstawieniach minstreli. Warto jednak dodać, że w widowiskach minstreli brali wtedy udział wyłącznie biali aktorzy, udający i naśladujący Murzynów, z twarzami poczernionymi korkiem, ubrani w pasiaste koszule, białe spodnie i niebieskie fraki, śpiewając murzyńskie piosenki i przekomarzający się na scenie. Gatunek ten, nazwany "minstrel-show" stworzył w 1843 roku Dan Emmett, twórca pieśni "Dixie", kierownik zespołu teatralnego "Virginia Minstrels").
            Ross Hendrick porzucił wówczas służbę w policji i pozostał w teatrze na wiele miesięcy. Powód był prozaiczny - zakochał się w jednej z tańczących tam chórzystek. Nazywała się Nora Moore i, jak wspominał Al Hendrix - była naprawdę piękna - jej rysy można znaleźć w twarzy Jimiego... Aby być bliżej ukochanej, Ross podjął pracę maszynisty sceny. Wkrótce zresztą wzięli ślub. …Matka była młodsza od ojca, urodziła się w Tennessee, dorastała w Georgii. Jej ojciec, Robert Moore, był Anglikiem lub Irlandczykiem. Matka opowiadała mi często, jak jej ojciec śpiewał w domu jakieś irlandzkie piosenki – dodawał Al – Matka mojej matki miała na imię Sammie (Fanny), była czystej krwi Indianką z plemienia Czirokezów…
            Czirokezi (Indianie Cherokee), czyli “Prawdziwi Ludzie”, jak ich nazywano, według legendy, przybyli na Ziemię prosto z Nieba. Objęli rejon Ameryki Północnej nazywany Southern Allegheny oraz Great Smoky Mountains, a także tereny Wirginii, Północnej i Południowej Karoliny, Georgii, Tennessee i Alabamy. Fanny, córka jednego z wodzów Czirokezów w Georgii poślubiła Irlandczyka o nazwisku Moore. Z tego związku najpierw narodził się syn Robert, a 19 listopada 1883 roku, na świat przyszła córka, przyszła babka Jimiego Hendrixa - Zenora Rose Moore, którą nazywano Norą. Jak wspominał Al - Moja matka urodziła się w Georgii, a dorastała w Tennessee...
            W 1911 roku, lub jak podaje Charles Cross w 1909, teatralna trupa udała się w trasę Alaska - Jukon i trafiła do Seattle, gdzie odbywała się wystawa Alaska-Yukon-Pacific. Niestety na przedstawienia przychodziło coraz mniej widzów, zespół więc z dnia na dzień rozwiązano.  ..Pan Cohen powiedział do mojego ojca: 'Mam przyjaciela w Kolumbii Brytyjskiej. Spróbujcie tam'... Zatem Nora i Ross Hendrixowie pojechali autostradą nr 5 wzdłuż kanadyjskiej granicy i w 1912 osiedlili się w Vancouver.
            ...W Kanadzie  szybko (w 1922 roku) dostali obywatelstwo - wspominał ojciec Jimiego - W biznesie estradowym pozostała jedynie siostra mojej matki, która na scenie używała nazwiska Belle Lamarr. Oni zawsze uważali, że to wspaniały pseudonim... W Vancouver Bertran szybko znalazł pracę najpierw służącego, potem robotnika, czyściciela toalet. Po 1922 r., zatrudniono go jako pomocnika do noszenia sprzętu w miejscowym Quilchena Golf Club, choć jak pamiętał Al – Moi rodzice (nadal) działali w show-businessie. Mama śpiewała w chórze, pamiętam jak zabierała mnie i mojego brata Leona na lekcje tańca... Al i jego brat Frank, po matce odziedziczyli zainteresowanie muzyką i tańcem, a z czasem taniec stał się pasją ojca Jimiego. ..Specjalizował się w tap dancing, jitterbugu oraz solowych improwizacjach - zanotowała Sharon Lawrence.




poniedziałek, 23 marca 2020

Tom pierwszy od początku


Po dość długim okresie milczenia i braku nowych postów, w obecnej, znanej wszystkim sytuacji, postanowiłem opublikować cały tom pierwszy książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka". Jego nakład został wyczerpany, więc będzie to być może okazja dla tych, których interesuje, bądź zainteresuje życie tego muzyka oraz czasy i miejsca, w jakich działał. Tom pierwszy wydrukowano na 550 stronach, z mnóstwem czarno-białych zdjęć oraz kolorową wkładką. Niestety w postach znajdzie się tylko tekst (dla uproszczenia bez indeksów przypisów). Mógłbym oczywiście wybrać (tak jak to robiłem dużo wcześniej) niektóre tylko fragmenty, musiałbym jednak nad nimi pracować, dokonując choćby skrótów, co w obecnej sytuacji - pracy nad trzecim tomem - wydaje mi się niemożliwe. Zatem poznają państwo fragmenty, krótsze lub dłuższe, w takiej postaci, w jakiej ukazały się w tomie pierwszym.
Życzę miłej lektury.

Motto
Jack Bruce – Lata 60 stały się już czymś mitycznym – jak lata 20 lub lata 40. Związek z tą epoką to już w tej chwili powód do sławy. Ale pamiętaj, że lata 60 to też wiele okropnych rzeczy. Mam na myśli muzykę, mówię tylko o tym. W tym czasie powstało mnóstwo beznadziejnej muzyki…


1. Wstęp

...Jimi Hendrix był czarodziejem o wielu obliczach i fascynujących ideach, człowiekiem, którego gra promieniowała wizjonerstwem; ogrom jego inwencji wzbogacał nie tylko scenę muzyczną, ale również świadomość jego słuchaczy. Wśród instrumentalistów chyba to on był geniuszem ery rocka w latach sześćdziesiątych - napisał Joachim Ernst Berendt, znany niemiecki krytyk jazzowy i autor wielu książek muzycznych. 
            Pisano o Jimim, używając określeń - „Czarny Elvis”, „Segovia Elektrycznej Gitary”, „Twórca Kosmicznej Sztuki”.
            Kim był? Na ten temat pisało wielu ludzi, spod różnych szerokości geograficznych. Tacy, którzy Go poznali osobiście albo drobiazgowo poznali Jego artystyczną spuściznę. Są biografie Hendrixa mniej i bardziej kompletne, książki mniej lub bardziej prawdziwe. Równie wiele napisano o jego życiu jak i o jego śmierci. On sam, o sobie i swoim życiu, mówił niezbyt wiele i raczej niechętnie. …Był raczej nieśmiały, a jeśli go o coś zapytano, odpowiadał bardzo miłym, łagodnym głosem – wspominał Alan Di Perna. A jednak w książkach, czasopismach, na filmach, płytach analogowych, kompaktowych oraz w materiałach wizyjnych, filmach DVD, pozostało mnóstwo śladów, z których starałem się wydobyć tyle, żeby, opisując życie i twórczość Jimiego, jak najbardziej zbliżyć się do prawdy i pokazać kim Jimi Hendrix był naprawdę, jak wyglądało jego życie i co po sobie pozostawił.
            Być może ta biografia, podzielona na kolejne etapy w jego (i nie tylko jego) życiu, będzie od tamtych, wcześniejszych prac, inna. Czy lepsza, ocenią to państwo sami. Mam tylko nadzieję, że biografia ta przyda się nie tylko fanom genialnego i legendarnego muzyka lecz także i tym, którzy chcą wiedzieć więcej, poznać przyczyny i skutki, zorientować się co z czego powstało i na co miało wpływ, jednym słowem przyda się tym, których interesuje historia muzyki rockowej, czasem pogardliwie zwanej rozrywkową lub popularną, muzyką wyrosłą na gruncie bluesa, soulu, jazzu, country i rock’n’rolla, czyli, jak to się określa -  „American Roots Of Music”.



poniedziałek, 16 marca 2020

Muzyczna Pajęczyna

Zaplanowane na marzec 2020 (17 i 31) audycje z cyklu "Muzyczna Pajęczyna" z powodu pandemii i związanych z tym ograniczeń zostają odwołane. Prawdopodobnie kolejne audycje, taką mam nadzieję, przywrócone zostaną w kwietniu br. Oczywiście zależy to przede wszystkim od rozwoju sytuacji w Bydgoszczy i w Polsce.

niedziela, 8 marca 2020

Jimi i Pink Floyd


Dzisiaj z tomu drugiego książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka" o jesiennej trasie jego tria w 1967 roku, kiedy towarzyszyły mu zespoły: „The Move”, „Amen Corner”, "Pink Floyd" (jeszcze z Sydem Barrettem), „Eire Apparent”, grupa „Outer Limits” oraz "The Nice".
Perkusista "Pink Floyd" Nick Mason wspominał - Była to wspaniała okazja, by obejrzeć w akcji samego Hendrixa, jak również spędzić trochę czasu w towarzystwie innych muzyków, których również podziwialiśmy. Ta wspólna trasa przebiegała według ściśle zaplanowanego programu. Podstawowym założeniem promotora była pełna satysfakcja fanów Jimiego oraz to, by niezależnie od okoliczności jego występ odbył się o wyznaczonej godzinie. Abyśmy w związku z tym nie przekroczyli przypadkiem ośmiu minut, które zostały nam dane, w kulisach zawsze stał człowiek wyposażony w stoper. Andrew pamięta to do dziś – jeśli przekroczylibyśmy czas o trzydzieści sekund, czekałoby nas surowe ostrzeżenie. Jeśli zdarzyłoby się to po raz drugi, wylatywaliśmy z program. Dlatego dłuższe utwory w rodzaju „Interstellar Overdrive” musiały zostać mocno skrócone... Każdy z wykonawców miał ściśle określony czas występu, co z uwagi na ich ilość oraz na dwa koncerty dziennie, było raczej zrozumiałe. Trio "JHE" miało do zagospodarowania 40 minut, "The Move" (w składzie z Roy'em Woodem i Jeffem Lynnem), występujące przed nim - 30, a "Pink Floyd" 15 do 20 minut, co pozwoliło na odegranie tylko trzech "kawałków" i to nie w całości - obok wspomnianego "Interstellar Overdrive" była to też inna kompozycja w duchu science-fiction “Set The Controls For The Heart Of The Sun”, ale i tak większość fanów skonsternowana słuchała zespołu, ponieważ przyszła tam dla Hendrixa. Noel Redding – Publiczność różnie na nich reagowała… Lemmy, który był wtedy technicznym "Jimi Hendrix Experience" - Nie było to głupie, bo nikt nie miał czasu zanudzić publiki. Wszyscy grali największe przeboje. Bang, bang, bang. Hit za hitem. Świetna zabawa... Kathy - Byli wspaniałymi ludźmi, ale muzyka żadnego z tych zespołów nie była w typie Jimiego. Żaden album "Pink Floyd" nie znalazł się w naszej kolekcji płyt. Jimi lubił "Amen Corner", byli w tym czasie trochę bluesowi... Mitch - W pewnym sensie trasa była bardziej absurdalna niż nasza poprzednia, ponieważ teraz dla żadnego z zespołów nie było wystarczająco dużo czasu na przedstawienie swojego materiału. W sumie dobra zabawa stała się obłędem... Dodam, że "Pink Floyd" - miał wtedy już dwa single w Top 20, "The Move" trzy w Top 10, a "JHE" cztery (trzy w Top 10, ostatni "Burning Of The Midnight Lamp" w Top 20). 
Ten powyższy fragment nasunął mi się po wczorajszym koncercie w Kinoteatrze Adria w Bydgoszczy "The Wall Show". Zespół nazwany "The Echoes Project" wykonał utwory z legendarnego albumu - "The Wall". To była już znacznie dojrzalsza, bogatsza, świetnie zaaranżowana muzyka "Floydów", kapitalnie wykonana przez młodych muzyków i fantastycznie zilustrowana bardzo ciekawym filmem "Polska droga do wolności". Po październikowym koncercie w Kinoteatrze, na "Bydgoszcz Wall Show" byłem po raz drugi, słuchałem i oglądałem z zaciekawieniem i fascynacją, po raz drugi ogromnie zadowolony, tak zresztą jak cała sala, która nagrodziła wykonawców gorącymi brawami i "standing ovation". Nie wymieniam wszystkich wykonawców, choć pewnie powinienem, bo każdy z nich zasłużył na uznanie, podam tylko, że cały projekt jest zasługą Jarosława Kuropatwińskiego, bydgoskiego adwokata, świetnego gitarzysty, honorowego konsula Niemiec i twórcy filmu, towarzyszącego muzyce ze "Ściany". Jeśli dotrze do Was informacja o następnym "Bydgoszcz The Wall Show", nie zastanawiajcie się ani chwili, to wręcz trzeba, zobaczyć i warto tego posłuchać.




piątek, 6 marca 2020

CBS Studio


Dzisiaj krótki fragment o studiu CBS, w którym w grudniu 1966 zespół "Jimi Hendrix Experience" pod kierunkiem Chasa Chandlera dokonał kilku nagrań do swojego debiutanckiego albumu "Are You Experienced".
Studio CBS mieściło się na prawo od londyńskiego West Endu, w dawnej sali balowej z lat dwudziestych ubiegłego stulecia, było więc bardzo wysokie. Aby powstrzymać odbicia dźwięku, bracia Jake i Morris Levy zainstalowali podwieszany sufit z płótna. Tak jak De Lane Lea, czy Pye, studio to był jeden pokój – choć  wystarczająco duży, aby pomieścić 40-osobową orkiestrę. W tych pomieszczeniach bracia Levy nagrywali sporo różnych brytyjskich wykonawców, których utwory produkowali, tłoczyli i wydawali przez swoją firmę Oriole Records, a największym dotąd ich sukcesem był singiel skifflowej grupy Charlesa McDevitta z Nancy Whisky, z piosenką „Freight Train” (w 1957 roku dotarł aż do 5 miejsca list przebojów). W latach 1962-63 firma Oriole miała kilka dalszych, choć już zdecydowanie mniejszych przebojów, które nagrała szwedzka grupa instrumentalna „The Spotniks”. W 1965 roku całość przejęła firma CBS (znana jako Columbia w USA). Nieszczególnie zainteresowani studiem, ani artystami mającymi kontrakt z Oriole, jej szefowie chcieli najpierw, by nowoczesna, wydajna tłocznia tej firmy pomogła im stworzyć system dystrybucji w Wielkiej Brytanii. Kiedy w rok później CBS zainstalowała w studiu nowoczesne wtedy magnetofony Studer 4 postanowiono wykorzystać je ponownie do nagrań muzycznych. ...To było typowe wtedy studio. Mieliśmy magnetofony czterośladowe. Bardzo małą konsoletę EMI, z wejściem 14-kanałowym i wyjściem na cztery ścieżki. Filtry EQ wycinały i wzmacniały pasma dolne i górne. Mieliśmy jedną płytę echa i naturalne pomieszczenie dla pogłosu na dachu oraz jeden kompresor Fairchild - opowiadał inżynier Mike Ross (znany później jako Ross-Trevor), wówczas 21-latek, który wcześniej nagrywał z Donovanem (“Wear Your Love Like Heaven”) i "The Who", a w 1962 roku pracował w studiu Olympic. Teraz za 10 funtów na tydzień nagrywał wszystko i wszystkich, którzy weszli do studia CBS. ...Nie byliśmy tak surowi jak w innych studiach - ludzie mogli wynająć je tak długo, jak chcieli. Rezerwowali na godzinę lub nawet osiem godzin. Sesje trwały do wieczora, zaczynały się o czwartej i kończyły o północy. - wspominał Ross - Otwierałem studio, dokonywałem rezerwacji i działałem również jako asystent, obsługując magnetofon. Byłem jedyny, musiałem zrobić wszystko sam... Mike Ross-Trevor będzie też współpracował z wieloma wykonawcami: grupą “Fleetwood Mac”, Brianem Augerem, Catem Stevensem, "The Byrds", później także z orkiestrami nagrywając muzykę filmową (do obrazów: "Medicine Man", "Hoosiers" i "Tombstone"), ale najważniejsza w jego życiu okaże się sesja z "JHE" – Wiedziałem, że to było wyjątkowe. Wiedziałem, że dla mnie jako inżyniera może to być dobre. W tamtych czasach nie było jeszcze czegoś takiego jak niezależni inżynierowie...
13 grudnia 1966 roku Mike Ross był zaskoczony, nawet przerażony, widząc na schodach technicznego "JHE" Gerry'ego Stickellsa wnoszącego do studia cztery ogromne szafy (wzmacniacze) Marshalla z ośmioma kolumnami głośników. Zapytał, czy ma podłączyć mikrofony do wszystkich szaf - Jimi powiedział mi, żebym ustawił mikrofon dwa i pół metra od głośników - i będzie świetnie. Pokazał mi dokładnie, gdzie powinienem umieścić mikrofon. To był najgłośniejszy zespół, jaki miałem u siebie w studiu. Aż uszy bolały. Hendrix trochę ćwiczył przez chwilę, podłączał wszystko i po prostu bawił się i nie mogłem w to uwierzyć, że dźwięk wydobywa się z jego wzmacniacza... Duże pomieszczenie było zdaniem Rossa - absolutnie niezbędne dla tego unikalnego i potężnego dźwięku. W małym studiu mikrofon wyłapywałby wszystkie dźwięki... Kiedy Mike Ross na polecenie Hendrixa w odpowiedniej odległości (8 lub 12 stóp), po przeciwległej stronie studia ustawił mikrofon Neumann U-87 i włączył magnetofon, przy konsolecie obok niego, w roli producenta zasiadł Chas Chandler. Mike Ross - Był w słynnym zespole. Kiedy więc zaczęły się sesje, od razu go rozpoznałem. Wiedziałem, że płaci za sesje i przyszedł nagrać gitarzystę, którego odkrył w Ameryce. Hendrix był wtedy zupełnie nieznany...
Ciąg dalszy w drugim tomie książki "Jimi Hendrix Szaman Rocka". pajak.book@gmail.com lub gzpajak@op.pl






wtorek, 3 marca 2020

Eric Clapton i Jimi Hendrix

Eric Clapton, hołubiony wtedy w Londynie i nazywany "Bogiem gitary", Jimiego Hendrixa pierwszy raz spotkał w pochmurną, jesienną sobotę pierwszego października w sali Regent Polytechnic College (obecnie to część University of Westminster), przy Little Titchfield Street 4-16, niedaleko Oxford Circus, na zapleczu Regent Street. Tego wieczoru miało wystąpić trio "Cream", a jako suport zagrał zespół „Washington D.C.’s”.
Niestety z tego występu nie zachowały się ani zdjęcia, ani nagrania. Więc, żeby to historyczne wydarzenie muzyczne opisać w drugim tomie książki "Szaman Rocka", musiałem skorzystać z opowieści tych, którzy w nim uczestniczyli. Pamięć ludzka jest jednak zawodna, więc postarałem się z kilkunastu, czasem niestety wykluczających się okruchów, złożyć całość. Najpierw zdanie tego, który miał wtedy status gwiazdy pierwszej wielkości, Erica Claptona - Jimi właśnie przyleciał do Anglii ze swoim menedżerem, którym był Chas Chandler... ...To była jedna z pierwszych rzeczy - uzupełniał Chas Chandler – jakie zrobiliśmy przybywając do Londynu... Właśnie dziś miało spełnić się marzenie Jimiego, który jeszcze w Nowym Jorku uświadamiał Chasowi, że podziwiał gitarzystę Erica w zespole "The Yardbirds" oraz u Johna Mayalla.
1 października 1966 w Regent Polytechnic College było sporo widzów, oglądających występ tria "Cream". Basista Jack Bruce wspominał – Przypadkowo na widowni byli faceci, którzy najwyraźniej widzieli to zdarzenie, dzięki czemu stali się "Pink Floyd". Powiedzieli mi to. Wiedziałem, że tam są, ale nie wiedziałem, że jesteśmy odpowiedzialni za to, że się dogadują. Niezależnie od tego, czy to dobra rzecz, czy zła rzecz, zostawiam to. Zawsze myślałem, że "Pink Floyd" był zespołem dla ludzi, którzy nie lubią muzyki, ani rock'n'rolla... Basista i kompozytor "Floydów" Roger Waters miał wówczas 22 lata – Zarówno Hendrix, jak i "Cream" grali w ramach imprezy semestralnej. Słuchanie tych wszystkich długich improwizacji było naprawdę niesamowite… Nick Mason, perkusista „Floydów” – Moment podniesienia kurtyny pamiętam dokładnie po dziś dzień. Na scenie wciąż znajdował się "roadie" "Cream" – prawdopodobnie usiłował przybić do desek jeden z bębnów basowych Gingera Bakera. Wiadomo było, że Ginger tego wymagał – czego dowodem podziurawione deski, dywany i posadzki (drewniane i marmurowe) na całym świecie. Wtedy postanowiłem, że muszę sprawić sobie zestaw z podwójną stopą. Na widok skrzących się niczym najlepszy szampan bębnów firmy Ludwig ciekła mi ślinka. Reszta zespołu w napięciu obserwowała nieskazitelne wzmacniacze „Marshalla”, które okazały swą moc wraz z pierwszymi dźwiękami otwierającego koncert utworu „N.S.U.”. Wrażenie zrobiło na nas nawet zasunięcie kurtyny na czas niezbędny do usunięcia pewnych usterek technicznych. A pikanterii całej imprezie dodało pojawienie się Jimiego Hendrixa, który wspólnie z „Cream” zagrał gościnnie w kilku numerach...
Co dalej - o tym można przeczytać w drugim tomie pierwszej polskiej biografii Jimiego Hendrixa "Szaman Rocka", a także w biografii Claptona "Pielgrzym Rocka". Trochę o tym także dzisiaj wieczorem (3 marca 2020) od 20:00 do 22:00 w audycji "Muzyczna Pajęczyna" w internetowym Radiu Kultura. www.radiokultura.pl